Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
znajdź książkę
katalog
newsleter
Dziennik 1967-1976
cena
52,00 49,40 kup książkę
Sándor Márai
Dziennik 1967-1976
A teljes Napló
przekład: Teresa Worowska
opracowanie graficzne: Lijklema Design. Karolina i Hans Lijklema
seria: Literatura przekładowa - wydania indywidualne
wydanie I
2019
oprawa twarda
format 150x210 mm
str. 432
ISBN 978-83-07-03448-5

1967

 

2 stycznia

Przed zgaszeniem lampy nocne przeglądanie książek: kilka linijek (w ostatnich tygodniach) z Cortegiano Castiglionego, potem fragment zapisków Boswella z 1770 roku, później relacja Delacroix, o czym rozmawiałpo południu z Mussetem czy Chopinem... Przed czterystu, dwustu, nawet stu laty ludzie w Europie jeszcze rozmawiali. I to, o czym rozmawiali, było w europejskim życiu duchowym co najmniej takim fermentem i energią, jak to, co pisali czy malowali. W Ameryce tego brakuje, tu nie ma rozmów. Spierająsięalbo niechętnie o cośpytajączy odpowiadają, ale rozmów nie ma, bo tu ludzie niczego nie bojąsiębardziej niżodpowiedzialności związanej ze swobodnym, indywidualnym głoszeniem własnego sądu.

W Budapeszcie było „gadanie”, cośmniej istotnego od rozmowy, cośnieporządniejszego, ale jeszcze ciągle bardziej ludzkiego od amerykańskiej „konwersacji”.

 

Niewychowanie Amerykanów jużmnie nie zaskakuje, ale czasami trzeba to dostrzec, dla porządku, nawet bez oburzenia, ale jednak zauważyć. W tutejszej nieobyczajności najczęściej nie ma złej woli, po prostu nie umiejąinaczej, tak zostali wychowani.

 

W liście noworocznym szwajcarski duchowny przysyła napisanąprzez siebie wierszowanąnaukężyciową. Jedna z linijek plastyczna – pisze, że żyćtrzeba „jak drzewo, które każdego roku tworzy nowy słój”. Ma rację, wszystko, co istotne, powstaje w taki powolny sposób, dzieło życia, samo życie... Reszta to przechwałki.

 

 

 

4 stycznia

Pierwsze dni nowego roku przynosządwa zawiadomienia o śmierci. W Budapeszcie nagle zmarłmój szwagier (73). W rodzinie uchodziłza „Spartanina”, surowy ojciec rodziny, niepalący, zachowujący umiar we wszystkim. Ale nie ma miary, której można by siętrzymać, śmierćnie rozpoznaje zasług, nie daje czasu na przygotowanie. Druga wiadomość– nagle zmarłnasz dozorca, Mr. Johnson, sześćdziesięcioletni mieszkaniec Harlemu, wódz plemienia składającego sięz dwadzieściorga jeden dzieci i wnuków, który ze szczególnym uśmiechem, niepozwalającym zapomniećo trzystu latach niewolnictwa, krzątałsiępo budynku, zamiatałi zawsze uprzejmie siękłaniał. Jego szef, gospodarz domu, wygłosiłprzy tej okazji krótkąamerykańskąmowępogrzebową: „He was a gentleman”Tak, byłnim, Murzynem, dozorcąi dżentelmenem. Po raz ostatni spotkałem go w Boże Narodzenie, dałem mu prezent, a potem widziałem go jeszcze na ulicy, jak z torbąw ręce, pogodnie uśmiechnięty wracałdo domu.

 

Radio podaje, że grabarze nowojorscy od trzech dni strajkują, zmarli czekająna swojąkolej w chłodni. To jakby skazaniec otrzymałodroczenie, ponieważkat zachorowałna grypę.

 

 

 

5 stycznia

W noc sylwestrowątelewizja w ramach ogłupiająco prostackiego programu pokazała nowojorczyków witających w lokalach Nowy Rok tańcem i zabawą; orkiestra dęta o nazwie „Beethoven” niejakiego Guya Lombardo przygrywała gościom w hotelu Waldorf Astoria. Przy stolikach mężczyźni we frakach i smokingach, damy w wieczorowych toaletach, niektórzy mieli na głowach karnawałowe czapki, i wszystkie  te postaci, twarze uderzająco przypominały karykaturalnych spekulantów z albumu George’a Grosza Das Gesicht der herrschenden Klassew którym po pierwszej wojnie światowej ten rysownik o ostrym spojrzeniu i okrutnie pewnej ręce uwieczniłz gorzkąrefleksjąberlińskąparweniuszowskąelitę. Ci sami łysi, okrutni lichwiarze o sępim spojrzeniu, te same tłuste, wyszminkowane czarownice, to samo podłe, bezduszne towarzystwo, które zabawia sięna śmietniku – Das Gesicht der klassenlosen Gesellschaft2. Takie szumowiny wszędzie i zawsze wypływająna powierzchnię; równieżw Sowietach, na balach maskowych dolce-bolsze vita.

 

Pieniądz dla tego społeczeństwa jest nie wyłącznie środkiem płatniczym, lecz miarąwartości człowieka... Ukazuje nie tylko to, że komuświedzie sięlepiej niżinnym, ma więcej szczęścia, bezwzględności czy talentu, ale mierzy samąwartośćczłowieka, bo tu każdy jest tylko na tyle dobry, mądry, utalentowany czy szlachetny, na ile można to wycenićw dolarach.

 

Zarezerwowałem bilety na samolot – jeśli wszystko dobrze sięułoży, 20 maja wyemigrujemy stąd do Europy.

 

Zakończyłem układ scen i scenografięSądu w Canudos, przedstawienie może sięzacząć. L. pyta, co „właściwie” chcępowiedziećw tej powieści. Tylko tyle: jeśli nie ma jednostki czy wspólnoty, która jest skłonna zbuntowaćsięprzeciw Systemowi (nieważne, jakiemu, wystarczy, że posiada on mechanizm, który człowieka traktuje jak surowiec czy danąw komputerze), wówczas kończy sięludzkie zadanie na ziemi.

11 stycznia

Przed kilkoma dniami w jednym z mieszkańna końcu naszego korytarza zmarła Madame Roberts. Wiadomośćprzekazała mi jej córka, Mademoiselle Roberts, która ma z górąsiedemdziesiąt lat i mieszkała z matką. Dziewięćdziesięciosiedmioletnia Madame Roberts 29 grudnia poczuła sięźle i zmarła. Poprzedniego wieczora jeszcze przeczytano jej biografięstarszej siostry Ludwika XVI, jedynej, która przeżyła rewolucję. Obie panie sąKanadyjkami. Przed sześciu laty wróciły do Paryża, bo matka chciała „przeżyćostatnie lata w spokoju”. Sprzedały mieszkanie, zbyły za bezcen meble. Ale prędko wróciły, nie mogły sobie znaleźćmiejsca we Francji. Znów wprowadziły siędo tego domu. Córka przypomina mi niewolnika z Godota: chodzi zgięta w pałąk, nieustannie dźwiga jakieświelkie paczki, dużo czyta. Matka do ostatniej chwili zachowała świadomość, wszystko jąinteresowało, słuchała radia.

 

 

 

14 stycznia

Przed zgaszeniem lampy Mencken. Bywa czasami przegadany, czasami znów minoderyjny, ale zawsze sympatyczny i śmiały. Nie lubiłdemokracji, ponieważuważał, że „demokrata nie ma możności byćwolnym” – jest „wolny” tylko wtedy, gdy czuje sięchroniony przez tłum. Arystokrata, którego nie interesuje ani uznanie, ani obmowa tłumu, jest wolny nawet w więzieniu, ale plutokrata, którego w demokracji mobposadziłna miejscu arystokraty, zawsze musi siętrząśćz obawy, co o nim ten mob mówi. Z kaznodziejskim gniewem Mencken piętnuje fakt, że pierwszym refleksem człowieka tłumu, tego „ciepłokrwistego ssaka”, jest strach: boi się, że kto inny może sięokazaćbardziej oryginalny, swoisty, indywidualny. Ale w swoim demokratycznym poczuciu niższości i psychozie strachu mob potrzebuje jednocześnie mitologii, półbogów, których mógłby w zachwycie podziwiać; dlatego w amerykańskich czasopismach wynaleziono działplotek towarzyskich, w którym donoszą, gdzie, kiedy, jak i z kim spędzajączas wolny idole tłumu. Zalicza do nich rozjeżdżających sięcadillacami przywódców związków zawodowych, socjalistów pobierających pensje wysokości stu tysięcy dolarów – dająoni tłumom iluzjęhierarchii. Mencken byłwybitnym umysłem, dziśjużnikt z piszących w Ameryce nie potrafi postawićtak dokładnej diagnozy.

 

A tymczasem nowojorscy grabarze strajkujądalej. Tygodniowo umiera tu średnio tysiąc osiemset osób, trzyma sięich teraz w chłodni, póki trwająnegocjacje. U Szekspira grabarze byli jednak pogodniejsi i bardziej ludzcy.

 

Podsumowanie minionych piętnastu amerykańskich lat i tutejszych ludzi, Radia Wolna Europa, życia umysłowego: byłem zmuszony żyćw niegodnym, prostackim otoczeniu. Amen.

 

Komunizm upadł, i to w każdym sensie tego słowa. Ale od komunistów trudno będzie sięuwolnić, bo nikt nie jest tak uparty i niebezpieczny, jak beneficjent upadłej idei, który jużnie jej broni, lecz własnego życia i łupu.

 

Uczęsięwłoskiego, książkęCastiglionego mam za podręcznik. Jak w celi skazańców.

 

„Emerytura”. Dla innych to chwila, gdy mogąodsapnąć: „Wreszcie nie muszępracować”. Dla mnie chwila, w której mogęwestchnąć: „Wreszcie – może – będęmógłpracować”.

 

Za zwyczajnym, pospolitym, obrzydłym i głupim odwiecznie ukrywa sięcośczarodziejskiego, niepojętego, zaskakującego. Nawet starośćnie otępia istoty żywej do tego stopnia, by czasami tego nie dostrzegała.

 

 

 

7 lutego

Śnieżyca. Arktyczna burza śnieżna. Minus piętnaście stopni Celsjusza. János mówi przez telefon, że na Alasce to przyjemna, wiosenna pogoda, bo tam nierzadko jest minut czterdzieści. Przeżyłto w ciągu trzech lat.

 

To nieprawda, że nie odczuwam żadnego niepokoju, kiedy myślęo tym, że za trzy miesiące wyjedziemy stąd, zostawimy to szalenie drogie i dusząco beznadziejne, ale jednak dające jakieśschronienie i jużznajome życie, mieszkanie. Jesteśmy starzy, perspektywa zmiany budzi lęk. I nigdzie nikogo. Ale zdrada i perwersyjny przymus nazywany drożyzną, ten przymus wygodnego życia skłania nas do wyjazdu.

 

W Salerno, posiadając własne lokum, utrzymamy siębez problemu za to, co tu płacętylko za mieszkanie (sto pięćdziesiąt dolarów). A w Ameryce właściwie nie mamy nic wspólnego z niczym i nikim. I choćtam teżnie – trzeba jednak jechać, nie wolno siębać. Jeśli pozostało nam jeszcze trochęczasu, to tam w każdym razie jest cośznajomego. A tu jestem haniebnie opuszczony przez wszystkich i wszystko. Tu ludzie żyjąobok siebie, szczerząc zęby na innych i chorobliwie nie cierpiąc sięnawzajem, w odrębnych małych gettach, w bojaźni, przerażeni perspektywąbliskości. Tam wygląda to jednak inaczej – „tam”, to znaczy w Italii czy Austrii. Wielu wróciło po piętnastoletnim pobycie w Ameryce: Thomas Mann, niedawno Schuschnigg, Fritz von Unruh, stary Menyhért Lengyel1; i wszyscy byli starsi ode mnie, kiedy sięna to zdecydowali. Ale to jednak trudne. Starośćto zmęczenie. Ale znów pozostaćtu, w emeryckim koszu na śmieci (tam z tej emerytury można wyżyć), dorabiaćparęgroszy jakimśprostym zajęciem dla starych ludzi oznaczałoby znaleźćsięw szponach władzy tutejszego systemu, a tego udało mi sięprzez piętnaście lat uniknąć. Więc jednak, choćto bardzo trudne, trzeba jechać. Nawet kabała tak podpowiada.

 

Wiersze zebrane Ezry Pounda, od 1900 po dziś. Czasami jakiśzaskakujący, migotliwy wers czy pomysł. Ale wiele wysilonych, rozrzedzonych, sztucznych wierszydeł. U Eliota w każdym wersie jest prąd, każde jego słowo ma swojąwagęjak dzwon opadły na dno, którego dźwięk dobiega z głębiny. Głos Pounda brzmi jak głos podrostka, z mutacyjnym brzmieniem. Sątacy pisarze, poeci – Pound, Joyce – którzy inspirująnie przez to, co piszą, tylko przez to, że odrzucają, wysadzająw powietrze obowiązujące dotychczas normy pisania, przekazywania, wyrażania. Nie majądzieła – majątylko zadanie, rolę. Mencken prędko mnie zniechęca. Zawsze jest „odważny”, ale trochętak jak matador, który wie, że byk nie ma dokąd uciec; drażni tematem – kobiet, mężczyzn, łgarstw wokółseksu, w ogóle i zawsze wszelkich drobnomieszczańskich, prostackich kłamstw, których wodorosty oblepiajążycie Amerykanów – a potem dumnie przekłuwa go. To nie takie trudne. Do tego, co zamierza przekłuć, podchodzi bez skrępowania, przejęcia czy nabożności, ponieważwie, że ofiara, czyli Przesąd, w żaden sposób nie zdoła obronićsięprzed jego mistrzowskim ciosem, nigdy teżwielkodusznie nie daje Przesądowi szansy wypowiedzenia sięwe własnej obronie, wyjaśnienia, z czego i dlaczego powstał. W tej wyższości jest cośtaniego. Zawsze jest dowcipny i mądry; ma rację, kiedy tak szczerze pogardza tym, o czym mówi: amerykańskim systemem społecznym. Nie ma racji, kiedy – zawsze – mówi o „mężczyznach”, „kobietach”, „duchownych”, „snobach”, „głupcach”. Bo za nimi za każdym razem kryje siękonkretny człowiek, nie tylko taki czy siaki, ale również„on”, ten pojedynczy. I o tym konkretnym człowieku, który kryje sięgdzieśza każdym z rozmaitych typów, Mencken nigdy nie mówi.

o autorze
Márai Sándor

(1900–1989) – wybitny węgierski prozaik i eseista, znany polskiemu czytelnikowi m.in. jako autor Żaru, Księgi ziół, Wyznań patrycjusza, a przede wszystkim jako autor pisanego przez niemal całe życie Dziennika, pełnego wnikliwych zapisków o świecie, społeczeństwie, polityce, krajach, w których żył i które zwiedzał, o swoich lekturach i o procesach zachodzących w kulturze na obu półkulach.

inne książki tego autora
polecamy
Koszyk jest pusty
30,00
Jarosław Iwaszkiewicz
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2019 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL