Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
znajdź książkę
katalog
newsleter
Rozwód w Budzie
cena
34,00 30,60 kup książkę
Sándor Márai
Rozwód w Budzie
Válás Budán
przekład: Irena Makarewicz
opracowanie graficzne: Maria Drabecka
seria: Literatura przekładowa - wydania indywidualne
wydanie I
2019
oprawa zintegrowana
format 123x196 mm
str. 212
ISBN 978-83-07-03449-2

W przedpokoju świeci się lampa. Na staroniemieckiej drewnianej skrzyni, którą Hertha przywiozła z wakacji w Bawarii, siedzi Trude; w niekompletnym stroju, z wyrazem przestrachu na twarzy, senna, skulona na wieku kolorowej chłopskiej skrzyni. „Jakiś pan czeka na pana sędziego” – mówi z poufałością przenikniętą strachem, świadomością własnej winy; z charakterystyczną dla rodziny i dla służby filuterią kieruje swą okoloną lnianymi włosami twarz styryjskiej chłopki ku przybywającym. Trude to „członek rodziny”, jej ojciec jest kierownikiem poczty w Murzzuschlag, na Boże Narodzenie i na Wielkanoc przysyła zawsze tę samą pocztówkę, wydrukowaną w kolorze, przedstawiającą „Rosegger-Stube”, wartą uwagi lokalną gospodę; Trude jest taką „lepszą dziewczyną”, je przy stole, ale podejmuje się też prania dziecięcych ubrań. Generałowa, matka Herthy, nie lubi jej; uważa ją za „histeryczkę”, bo Trude od czasu do czasu, przed pełnią księżyca i po niej, zmaga się z „wizjami” i opowiada dzieciom o błękitnym jeleniu oraz o ludziach z dna morza. „Visionen hat Sie, die Jungfrau von Orleans!” – pogardliwie mawia generałowa; ale dzieci kochają Trude, lubią jej bajkę o błękitnym jeleniu – w bajkach opowiadanych przez Trude każde zwierzę ma inny kolor, przykładowo niedźwiedź jest „pomarańczowoczerwony jak ochra”, nie wiadomo dlaczego – i z głębokim zrozumieniem słuchają „wizji” Trude i snują je dalej. Twarz tej lepszej dziewczyny jest teraz blada i przelękniona. „Jakiś pan? Teraz? Co za pan?” – Kristof rzuca pośpiesznie pytanie. Hertha obronnym ruchem ściślej opatula się płaszczem. Jakiś pan, obcy pan, nocą, w mieszkaniu? Rozmawiają szeptem, poufale posykując.

Ach, mówi Trude, jakiś pan. Niech pan sędzia jej wybaczy. Ona tego nie rozumie, nic nie rozumie. Musiała go wpuścić; przyszedł około dziewiątej, dzieci już się położyły spać, a ona, Trude, akurat chciała umyć sobie włosy, gdy ten pan zadzwonił do drzwi; ale nie wpuściła go od razu, ani jej to było w głowie, powiedziała, że pan sędzia nie przyjmuje w swoim mieszkaniu, tym bardziej że ten pan nigdy tu nie bywał. Pan sędzia nie przyjmuje interesantów, tak. „Co mu strzeliło do głowy?” – gniewnie pyta Kristof; i rzuca swój kapelusz i płaszcz na staroniemiecką skrzynię. Ten gest jest nieco gwałtowny, despotyczny. Kristof stoi pośrodku przedpokoju, w jego wzroku widać dezorientację; ale Trude wciąż jeszcze tłumaczy, wartko obracając językiem i wyrzucając z siebie słowa, z tą manierą, kiedy opowiada o swoich „wizjach”, z wielkimi okrągłymi oczami, pełna entuzjazmu i zarazem tajemnicza. Jakiś pan, tak, ani młody, ani stary, coś jak pan sędzia, ale chyba jednak starszy. Tak, dużo starszy. Ale tylko twarz ma starą. Trude mówi bez ładu i składu; Hertha podchodzi do niej i ręką obleczoną rękawiczką zdecydowanie chwyta dziewczynę za ramię. Na ten ruch Trude zaczyna wracać do siebie; opuszcza głowę, przez moment sztywno wpatruje się w pasiasty chłopski chodnik na podłodze; w końcu z wolna i obojętnie, jak ktoś, kogo obrabowano z jego marzenia i już mu wszystko jedno, cicho odpowiada na pytania Kristofa. W jej głosie słychać rozczarowanie i obojętność. Ruch Herthy ściągnął ją z „wizji” z powrotem na ziemię. „O, jeśli wy nie wierzycie w sny!” – tak oskarża jej obrażone spojrzenie. Jeszcze kilka chwil w tym familiarnie gorączkowym, entuzjastycznym stylu, a Trude opowiedziałaby o „tym panu” wiele rożnych rzeczy; opowiedziałaby o jego barwie, która najprawdopodobniej jest zielonkawoniebieska, i o tym, że na dole, na podwórku czeka na tego obcego pana kangur, o tym jednak nikt nie może się dowiedzieć, bo inaczej „obgadają go w okolicy”. Hertha mocno trzyma Trude, dziewczyna zaś odpowiada teraz z pełną urazy rzeczowością. Tak, przyszedł o dziewiątej. Taki pan lepszego rodzaju. Tutaj leżą jego rękawiczki i kapelusz. Rzeczywiście, obcy, miękki, szary kapelusz i jasnoszare męskie rękawiczki z delikatnej, matowej skory leżą na staroniemieckiej skrzyni, są niczym dowody rzeczowe. O tej godzinie, w tym mieszkaniu jest w owych przedmiotach jakaś napastliwa obcość. Kristof mimowolnym ruchem podchodzi do skrzyni, bierze do ręki i obraca w niej kapelusz; ten kapelusz nie jest akurat nowy, ale w każdym razie taki, jakie nosi się w mieście, pasuje do „lepszego pana”; i Kristof to obce nakrycie głowy niepewnie odkłada na skrzynię. Nie, mówi Trude, tego pana nigdy jeszcze tu nie było. A jego nazwisko? Wizytówka? Nie podał swojego nazwiska. „Głupia gęś” – mówi z gniewem Hertha, rozmawiają cicho, dysząc z pasją, pochylają się ku sobie, szepcząc, jak spiskowcy. Mimo wszystko to już za wiele, myśli Kristof. Człowiek wraca wieczorem do domu, a jakiś obcy pan... „Wtargnięcie na teren prywatny, do cudzego mieszkania!” – myśli fachowo. Ostatecznie, na dole, na rogu stoi policjant. „A Trude tak po prostu wpuszcza sobie kogoś, jakiegoś obcego!” Trude wzrusza ramionami. Niech pan sędzia uwierzy, musiała go wpuścić. „Ale dlaczego? Co robił? Był natarczywy?” – pyta Hertha, nie dowierzając. Natarczywość?... Trude popada w zadumę. Nie, nie był natarczywy; tylko że musiała go wpuścić; nie potrafi tego wytłumaczyć; przyszedł około dziewiątej, zadzwonił, stał w wejściu tam, gdzie teraz stoi pan sędzia, trzymał w rękach kapelusz i rękawiczki, a jego twarz była taka stara... i za wszelką cenę chciał wejść do środka. Powiedział, że jest przyjacielem; zna pana sędziego. Aż w końcu wszedł dalej do mieszkania. Teraz siedzi w zielonym pokoju, mówi Trude, jak zawsze dając wyraz swojemu zmysłowi do kolorów. Usłyszawszy tyle bezsensownych rzeczy, małżonkowie, nieco pobladli i bezradni, spoglądają po sobie ze wzburzeniem.

„Ty wejdź dalej tamtędy – mówi Kristof – przez pokój dziecięcy. Ja to załatwię...” Hertha w lot go pojmuje i przytakuje. Razem podchodzą do drzwi „zielonego pokoju”, skromnego salonu, nasłuchują. W pokoju, za drzwiami nie słychać najmniejszego szmeru; ta wielka cisza w znajomym pokoju, gdzie przebywa ów obcy człowiek, jest niemal przerażająca. Przez próg zamkniętych drzwi sączy się światło. „Wszystko jedno, kim jest i czego chce, ty i tak będziesz spokojny, prawda?” – szepcze Hertha. Kristof kiwa głową, jedną ręką dotyka ramienia Herthy, popycha ją w kierunku drzwi dziecięcego pokoju, prostuje się, naciska klamkę. Wchodzi do środka sam, zatrzymuje się w drzwiach. Gość stoi przy oknie, z rękoma splecionymi za plecami, i wygląda na ciemną ulicę. Z wolna odwraca się, spokojnie, nieśpiesznym krokiem rusza w kierunku Kristofa i przystaje w kręgu światła lampy. „Doktor Greiner.” – Kristof go poznaje. – „Imre Greiner”. Twarz jest znajoma, jak wszystko, co wydobywa się z mitu pogrzebanej młodości; a zarazem jest też przeraźliwie obca. „Rzeczywiście się postarzał” – myśli. Długo patrzą na siebie. Imre Greiner stoi lekko przygarbiony, ręce zwisają mu nieruchomo, bezwładnie, tułów ma pochylony do przodu, głowę – skierowaną nieco w bok, spojrzenie – prosząco-bezradne. Znajoma twarz jest szara i poważna; tak „poważna”, jakby jakaś ręka starła z tego oblicza wszelką pasję, jest tak poważna jak oblicze mumii. Kőmives czeka na pierwsze słowo, na prośbę o wybaczenie, przyjęte w towarzystwie usprawiedliwianie się, coś, co w takim przypadku jest zwyczajem i co wypada zrobić, czeka na komunał, który pomoże mu przetrwać ten pierwszy, trudny moment ataku – w końcu przecież jest gospodarzem, a gość to rzeczywiście „przyjaciel”, nie może go wyrzucić; lecz niechże się już odezwie! Niech poprosi o wybaczenie, niech coś wytłumaczy, niech zacznie! Ale to pierwsze słowo nie wydobywa się na powierzchnię. Stoją bez przywitania, przypatrują się sobie. „Kto to jest?” – z przestrachem pyta siebie Kristof. – „Kim jest ten znajomy człowiek? Co mu się przydarzyło? Dlaczego milczy? Nigdy nie wiedziałem, że i w taki sposób można milczeć”. Czeka na uprzejmy, proszący o wybaczenie frazes: już się szykuje do odpowiedzi, będzie bardzo uprzejmy, przynajmniej na tyle, na ile pozwalają okoliczności, naturalnie oczekuje wyjaśnienia, nawet bez słów, przyjaźń z okresu dzieciństwa nie uprawnia tego człowieka, by nocą włamywał się do obcego mieszkania... Ale gdy proszący o wybaczenie frazes się spóźnia, a spokojne, proszące i pałające spojrzenie Imrego Greinera nie gaśnie, pojmuje, że ten człowiek ma „prawo” stać tu teraz przed nim, nocą, w nie swoim mieszkaniu – ma prawo, a tego prawa nigdzie jeszcze nie ujęto jako paragrafu w kodeksach ani w zbiorach zasad etykiety; po prostu ma prawo być teraz tutaj, a on przeciw temu nic nie może uczynić.

„Muszę z tobą porozmawiać” – mówi Imre Greiner; ale nie wyciąga ręki; tylko się kłania, w sposób niewymuszony, mimowolnie. Ten towarzyski gest uspokaja Kristofa. Odruchy manier jeszcze działają, nie ma mowy o jakimś afekcie, końcu świata, bo zawaliło się niebo, myśli z ulgą, entuzjastycznie. Czeka na ciąg dalszy, śpieszy ku gościowi, podaje rękę, z zakłopotaniem i z pewną rezerwą. Doktor Greiner ściska Kristofowi dłoń dwoma palcami, nie zwracając na to szczególnej uwagi, a potem natychmiast ją wypuszcza, nieco zagniewany, jak ktoś, kto wie, że wszystko to już nie jest tak ważne, jak się wydaje, ale nie może być inaczej, pewne uzgodnienia obowiązują nawet teraz, nawet jego, nawet w tej godzinie. Odzywa się z wymuszonym i z tego powodu gniewnym wyrazem twarzy, jak ktoś, kogo boleśnie nudzi ta scena, te słowa wprowadzenia, ale wie, że nie może być inaczej; nie może być inaczej, nawet jeśli zaczyna tonąć statek albo wybucha wulkan; pewne gesty, słowa, uśmiechy obowiązują nawet w ostatniej chwili, z rekwizytorni cywilizacji niczego nie wolno wyrzucić, tonący też jest zobowiązany przedstawić się temu, kto go ratuje... „Naturalnie przypominasz sobie mnie” – mówi tonem stwierdzającym fakt. „Doktor Greiner. Siedziałem za tobą, w trzeciej ławce, przez sześć lat”. Ta dziwna i głupia precyzja, która w tym momencie jest bardzo nie na miejscu, drażni Kristofa. Wreszcie znalazł pretekst, żeby się gniewać – człowiek nie rozmawia o północy w obcym mieszkaniu o „trzeciej ławce”! – i patrzy na gościa chłodno i dumnie. „Tak” – mówi. „Imre Greiner. Czemu zawdzięczam...” Lekarz bierze się teraz w garść, naraz jest uprzejmy, wręcz pokorny. „Proszę cię, nie tak” – mówi bardzo cicho. „To prawda, czuję, że nie można inaczej”. Oddycha głęboko, z samego dna płuc. „Wybacz mi” – kontynuuje cicho. „Możesz sobie wyobrazić, że nie wtargnąłbym do ciebie o tej godzinie, gdyby w inny sposób... gdyby można było też w inny sposób... To znaczy... Jakieś rozwiązanie...” Męczy się, szuka słów, gotowych i gładkich zwrotów. Te ogólniki wybąkuje niemal ze wstrętem, pokornie i ze wstrętem. Jakby jakiś człowiek zmuszony był przepisowo się ukłonić, nim skoczy w przepaść, myśli Kristof. Już czuje, że chciałby mu jakoś pomoc. Maszyneria duszy jeszcze działa: skrzypiąc, utykając i jakby musiała przezwyciężyć konwulsyjny opor w trakcie mówienia, mimo wszystko słowa układają się w końcu w zdania, we frazy uprzejmości dla pozoru. „Naturalnie bardziej wypadałoby, gdybym odwiedził cię w twoim biurze. Byłem i tam, około szóstej, jak mi się zdaje...” To pełne wahania „jak mi się zdaje” porusza Kristofa; to tak, jakby ktoś powiedział w zadumie: „Myślę, że przed południem jeszcze żyłem; jak sobie przypominam, byłem kiedyś w Ameryce”. Co się dzieje z tym człowiekiem? Tak na pierwszy rzut oka jest całkiem „normalny”; i Kristof czuje nagle tę życzliwą wyższość człowieka „zdrowego”, wszelka wroga pasja się ulotniła, widzi już tylko słabszego, człowieka upadłego, znajomego, któremu przytrafił się nieszczęśliwy wypadek; czuje, że musi pomoc, szybko, teraz, tu, we własnym mieszkaniu, o tej godzinie, musi udzielić jakiejś pierwszej pomocy... „Usiądź, proszę” – mówi szybko, usłużnie. „Zapewne musiałeś mieć jakiś poważny powód do tych odwiedzin. Bardzo proszę!” I wskazuje fotel. „Tak, poważny” – lekarz odpowiada po prostu; ale nie siada. „Potem, tak około dziewiątej, przyszedłem tutaj. Pokojówka powiedziała, że niedługo wrócicie do domu. Proszę, usprawiedliw mnie. Mam na myśli to, że jeśli wielmożna pani... Nie mogłem postąpić inaczej. Musiałem z tobą porozmawiać. Jeszcze dzisiaj w nocy. Obawiam się, że to nie będzie takie łatwe. Chcę opowiedzieć wszystko. Dlatego przyszedłem”. Kristof kładzie rękę na ramieniu gościa, jakimś spontanicznie ojcowskim, przyjacielskim, „zdrowym” ruchem; ale natychmiast też puszcza to ramię. „Naturalnie” – mówi niepewnie. „Jak się wydaje, jesteś podekscytowany. Proszę, jak sobie życzysz... Mimo wszystko, gdybyś może jutro... Tutaj albo w biurze... Bez względu na to, co się stało, mam na myśli, jak się trochę uspokoisz...” Ale teraz to on już jest podekscytowany, lekarz zaś wydaje się raczej spokojny i zachowuje się zwyczajnie. „Nie, jutro będzie już za późno” – stwierdza ze stoickim spokojem. „W biurze już nie będę mógł tego opowiedzieć. Najpóźniej dzisiaj w nocy... Jako że to dotyczy trochę i ciebie”. Kőmives czuje, że blednie. Te słowa trafiają tak bezpośrednio, tak blisko, jak dotyk. „Mnie? Nie jestem w stanie sobie tego nawet wyobrazić...” Lekarz ze zrozumieniem potakuje głową. „Tak, trudno w to uwierzyć” – przytakuje życzliwie.

„Dzisiaj rano jeszcze i ja nie wierzyłem – odzywa się po chwili spokojnym tonem konwersacji, kiedy człowiek mówi o tym, co się wydarzyło, o faktach – naprawdę, ja sam też nie wierzyłem, że gdy nastanie wieczór, stanę tu przed tobą. Czy wiesz, że mieszkamy niedaleko ciebie? Dwie ulice dalej? Na ulicy Bors” – mówi, jakby to była dobra wiadomość, która uspokoi i rozpogodzi gospodarza. Czuć w jego głosie intencję uspokojenia. „Dopiero w drodze tutaj dowiedziałem się, że i wy mieszkacie w pobliżu. My mieszkamy tutaj już od ośmiu lat. Czy to nie jest osobliwe?” Kristof teraz już jest całkowicie gospodarzem. „O, tak” – odpowiada z chłodnym ukontentowaniem. „Ludzie żyją obok siebie i o niczym nie wiedzą” – lekarz mówi z nieoczekiwanym patosem, z przymuszeniem, i śmieje się głośno. „W ostatnich dniach dużo o tobie myślałem. Wiedziałem, że to ty będziesz sędzią, który rozwiedzie mnie z Anną”. A ponieważ Kristof milczy, dorzuca: „Znasz tę sprawę? Mówię o Annie, o mojej żonie”. Sędzia potakuje głową, z lekką rezerwą. „Ty masz te akta. Termin wyznaczono nam na jutro w południe”. Kőmives przygląda się swoim butom, głowę ma spuszczoną. „Tak” – rzuca tonem odmowy. „Ale jeśli to o tym chcesz ze mną mówić... O jakiejkolwiek sprawie służbowej... Mimo wszystko byłoby chyba mądrzej, gdybyś przedstawił to drogą oficjalną...” Lekarz, jakby był u siebie w domu, zaczyna spacerować po pokoju. Ręce splata z tyłu za plecami, w trakcie chodzenia tułów pochyla głęboko ku przodowi. To zachowanie wprawia Kristofa w osłupienie. Teraz wreszcie przygląda się przyjacielowi. Ciało ma wątłe, ubranie na nim zwisa. Ręce są delikatne, kościste, silne. Ma na sobie granatowy garnitur, czarne buty, jego prezencja jest nieco odświętna. Głowa, ta znajoma głowa, niewiele się zmieniła; rysy są ostre, twarz – szczupła; tylko oczy się postarzały. Imre Greiner jest niewysoki, może o głowę niższy od Kristofa. Teraz zatrzymuje się w trakcie spaceru, mimochodem spogląda na Kristofa, po czym wbija wzrok w sufit i tak oto mówi, przed siebie, przykulony, z rękoma spleciony z tyłu za plecami: „Rzecz w tym, że rozprawa jutro nie będzie mogła się odbyć”. Kristof natychmiast chce pomoc: „Proszę cię, jeśli mógłbym coś uczynić...” Lecz nim jeszcze zdołał dokończyć to zdanie, lekarz wchodzi mu w słowo i bez nacisku, głucho i płynnie powtarza: „Rozprawa jutro nie może się odbyć, ponieważ dzisiaj po południu zabiłem moją żonę”. Znów patrzy w sufit, w pochylonej postawie, bardzo uważnie.

o autorze
Márai Sándor

(1900–1989) – wybitny węgierski prozaik i eseista, znany polskiemu czytelnikowi m.in. jako autor Żaru, Księgi ziół, Wyznań patrycjusza, a przede wszystkim jako autor pisanego przez niemal całe życie Dziennika, pełnego wnikliwych zapisków o świecie, społeczeństwie, polityce, krajach, w których żył i które zwiedzał, o swoich lekturach i o procesach zachodzących w kulturze na obu półkulach.

inne książki tego autora
polecamy
Koszyk jest pusty
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2019 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL