Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
znajdź książkę
katalog
newsleter
Ulica Ciemnych Sklepików
cena
22,00 7,70 kup książkę
Patrick Modiano
Ulica Ciemnych Sklepików
Rue des Boutiques Obscures
przekład: Eligia Bąkowska
opracowanie graficzne: Zuzanna Lipińska
wydanie II
grudzień 2014
oprawa miękka
format 123x196 mm
str. 160
ISBN 978-83-07-03352-5

Afisz na oszklonych drzwiach głosił, że „Pianista Waldo Blunt gra codziennie od godziny osiemnastej do dwudziestej pierwszej w barze hotelu ≪Hilton≫”. Bar był przepełniony, wszystkie miejsca zajęte, z wyjątkiem pustego fotela przy stoliku Japończyka w okularach o złotej oprawie. Nie zrozumiał, gdy pochyliłem się nad nim, pytając, czy mogę się dosiąść, a gdy usiadłem, nie zwrócił na to żadnej uwagi.

Goście, Amerykanie i Japończycy, wchodzili, witali się i rozmawiali coraz głośniej. Stawali między stolikami. Niektórzy, z kieliszkiem w ręce, trzymali się oparcia albo poręczy fotela. Jakaś młoda kobieta przycupnęła nawet na kolanach siwowłosego mężczyzny. Waldo Blunt przyszedł z piętnastominutowym opóźnieniem i zasiadł do fortepianu. Nieduży pulchny człowiek, łysiejący, z cienkimi wąsami, w popielatym ubraniu. Najpierw odwrócił głowę i spojrzeniem powiódł po stolikach, przy których tłoczyli się ludzie. Pieszczotliwie przesunął prawą dłonią po klawiaturze i wziął parę przypadkowych akordów. Miałem szczęście, bo siedziałem przy jednym z najbliższych stolików. Zaczął chyba od Bulwarów starego Paryża, ale szum rozmów i wybuchy śmiechu zagłuszały muzykę, tak że nawet ja, siedząc tak blisko, niewiele słyszałem. B1unt grał dalej, niewzruszony, wyprostowany, z pochyloną głową. Żal mi się go zrobiło; pomyślałem, że na pewno kiedyś słuchano jego gry, potem musiał przyzwyczaić się do wiecznego gwaru, tłumiącego jego muzykę. Co powie, gdy wymienię nazwisko Gay Orłow? Czy to imię

wyrwie go na chwilę z obojętności, z jaką wykonywał swój numer? A może nie wywrze na nim żadnego wrażenia, podobnie jak dźwięki fortepianu nie były zdolne zapanować nad wrzawą rozmów? Bar po trochu się wyludniał. Oprócz mnie pozostali już tylko Japończyk w połyskujących złotą oprawą okularach i, całkiem w głębi, młoda kobieta, którą przedtem widziałem na kolanach siwowłosego mężczyzny, a która teraz siedziała obok czerwonego grubasa w jasnogranatowym ubraniu. Mówili po niemiecku, i to bardzo głośno. Waldo Blunt grał teraz powolną melodię, dobrze mi znaną.

Odwrócił się do nas.

— Panie i panowie, czy życzycie sobie, abym zagrał coś specjalnie dla was? — zapytał obojętnym głosem z lekkim akcentem amerykańskim. Japończyk koło mnie wcale nie zareagował. Siedział

sztywno, z nieruchomą twarzą; bałem się, że przy najlżejszym powiewie obsunie się z fotela, bo niewątpliwie był to zabalsamowany nieboszczyk.

— Ja proszę o Sag, warum! — zawołała ochrypłym głosem kobieta z głębi sali.

Blunt lekko skinął głową i zaczął grać Sag, warum. Światło w barze przygasło jak na niektórych dansingach przy pierwszych taktach slow-foksa. Tamci skorzystali z tego, aby się pocałować, a ręka kobiety wśliznęła się za koszulę czerwonego grubasa, a potem niżej. Oprawne w złoto okulary Japończyka rzucały krótkie błyski. Blunt przy fortepianie wyglądał jak podrygujący automat:

przy Sag, warum trzeba nieustannie brać akordy. O czym myślał, mając za plecami czerwonego grubasa, który głaskał udo kobiety o blond włosach, i tego zabalsamowanego Japończyka, który na pewno od wielu już dni siedzi w fotelu w barze „Hiltona”? Byłem pewny, że Blunt w ogóle nie myślał. Pogrążał się w coraz bardziej nieprzezroczystej martwocie. Czy miałem prawo wyrwać go z tego odrętwienia, obudzić w nim coś bolesnego? Czerwony grubas i blondynka wyszli z baru, zapewne

aby wziąć pokój. Mężczyzna ciągnął ją za ramię, bo słabo trzymała się na nogach. Zostaliśmy już

tylko ja i Japończyk.

Blunt znowu zwrócił się do nas i rzekł swoim chłodnym tonem:

— Czy mam zagrać coś innego?

Japończyk ani drgnął.

— Prosiłbym o Co nam zostało z tych lat — powiedziałem.

Grał z dziwną powolnością, melodia jakby rozluźniała się i grzęzła w bagnie, z którego nuty opieszale się wydobywały. Chwilami przestawał grać, wyczerpany, jak wędrowiec zataczający się ze zmęczenia. Popatrzył na zegarek, szybko wstał i pochylił głowę w naszą stronę:

— Panowie, jest godzina dwudziesta pierwsza. Dobranoc.

Wyszedł, a ja tuż za nim, pozostawiając zabalsamowanego Japończyka w krypcie baru. Minął korytarz i pusty hall. Zrównałem się z nim.

— Pan Waldo Blunt?... Czy mógłbym z panem porozmawiać?

— W jakiej sprawie?

Rzucił mi spłoszone spojrzenie.

— W sprawie osoby, którą pan kiedyś znał... Kobiety imieniem Gay. Gay Orłow...

Stał bez ruchu pośrodku hallu.

— Gay...

Wytrzeszczał oczy, jak gdyby skierowano mu prosto na twarz światło reflektora.

— Pan... pan znał... Gay?

— Nie.

Wyszliśmy z hotelu. Mężczyźni i kobiety w jaskrawych wieczorowych strojach — długie jedwabne suknie koloru zielonego albo błękitnego i ciemnoczerwone smokingi — czekali w kolejce na taksówki.

— Nie chciałbym się panu naprzykrzać...

— Nie naprzykrza mi się pan — odpowiedział z zakłopotaną miną. — Tak dawno nikt nie rozmawiał ze

mną o Gay... Ale kim pan jest?

— Jej kuzynem. Ja... pragnąłbym dowiedzieć się o niej jakichś bliższych szczegółów...

— Szczegółów?

Pocierał sobie skroń wskazującym palcem.

— O co by panu chodziło?

Weszliśmy w wąską ulicę prowadzącą wzdłuż hotelu nad Sekwanę.

— Muszę wracać do domu — powiedział.

— Odprowadzę pana.

— Więc pan jest naprawdę kuzynem Gay?

— Tak. My, nasza rodzina, chcielibyśmy zdobyć o niej jakieś informacje.

— Od dawna nie żyje.

— Wiem.

Spieszył się tak, że z trudem dotrzymywałem mu kroku. Starałem się, aby mnie nie wyprzedzał. Doszliśmy do bulwaru Branly.

— Mieszkam naprzeciwko — powiedział, wskazując drugi brzeg Sekwany.

Znaleźliśmy się na moście Bir-Hakeim.

— Nie będę miał panu wiele do powiedzenia. Bardzo dawno temu znałem Gay.

Zwolnił kroku, jak gdyby już poczuł się bezpieczny. Może wydawało mu się, że ktoś go śledzi, i dlatego

szedł dotąd tak szybko. Albo chciał się mnie pozbyć.

— Nie wiedziałem, że Gay miała rodzinę — rzekł.

— Ależ tak... tak... ze strony Dżordżadzych...

— Jak, proszę?

— Rodzina Dżordżadze... Jej dziadek nazywał się Dżordżadze...

— Ach tak...

Przystanął i oparł się o kamienną balustradę mostu. Nie mogłem pójść za jego przykładem, bo dostałbym zawrotu głowy. Stałem więc przed nim. Mówił niechętnie.

— Czy pan wie... że byłem jej mężem?

— Tak.

— Skąd pan o tym wie?

— Wyszperałem to w starych papierach.

— Zaangażowaliśmy się razem do nocnego lokalu

w Nowym Jorku... Ja grałem na fortepianie. Gay tylko dlatego zaproponowała mi małżeństwo, że chciała zostać w Ameryce i uwolnić się od kłopotów z urzędem emigracyjnym...

Pokiwał głową na to wspomnienie.

— Dziwna to była dziewczyna. Potem zajął się nią

Lucky Luciano. Poznali się, gdy występowała w kasynie w Palm Island...

— Luciano?

— Tak, tak: Luciano... Była z nim, kiedy aresztowano go w Arkansas... Potem spotkała jakiegoś Francuza i, jak mówiono, wyjechała z nim do Francji...

Wzrok mu pojaśniał. Uśmiechnął się do mnie.

— Cieszy mnie, że mogłem porozmawiać o Gay...

Nad nami przemknął pociąg metra jadący na prawy brzeg Sekwany. Potem drugi, w przeciwną stronę.

Hałas zagłuszał słowa Blunta. Mówił coś do mnie, widziałem, jak poruszały się jego wargi.

— ...najpiękniejsza dziewczyna, jaką znałem...

Ten urywek zdania, jaki zdołałem pochwycić, odbierał mi całą odwagę. Stałem na środku mostu, w nocy, z nieznajomym człowiekiem, z którego usiłowałem wydobyć jakieś szczegóły o mojej przeszłości, tymczasem zagłuszał je huk metra.

— Czy nie moglibyśmy pójść parę kroków dalej?

Był tak zatopiony w myślach, że nie odpowiedział. Na pewno już od dawna nie wracał do wspomnień o Gay Orłow, a teraz wszystkie one wypływały na powierzchnię i oszałamiały go niby morski wiatr. Wciąż stał oparty o poręcz mostu.

— Czy nie moglibyśmy jednak pójść trochę dalej?

— Znał pan Gay? Czy się pan kiedy z nią zetknął?

— Nie. Właśnie dlatego chciałbym poznać jakieś szczegóły.

— Była blondynką... z zielonymi oczyma... Blondynka... bardzo niezwykła... Jak to panu powiedzieć?

Włosy blond... z popielatym odcieniem...

Blondynka o włosach z popielatym odcieniem, która może odegrała znaczną rolę w moim życiu. Muszę

uważnie przyjrzeć się jej fotografii. I powoli wszystko się przypomni. A przynajmniej odnajdę jakiś wyraźniejszy ślad. Osiągnięciem było już to, że odszukałem Waldo Blunta. Wziąłem go pod rękę, bo nie mogliśmy dłużej tak stać na moście. Poszliśmy bulwarem Passy.

— Czy widział się pan z nią we Francji? — zapytałem.

— Nie. Kiedy przyjechałem do Francji, już nie żyła.

Popełniła samobójstwo...

— Dlaczego?

— Nieraz mi mówiła, że boi się starości.

— Kiedy widział ją pan po raz ostatni?

— Po historii z Luckym Luciano poznała tego Francuza. Wtedy czasami widywaliśmy się...

— A znał pan tego Francuza?

— Nie. Powiedziała mi, że chce wyjść za niego, żeby dostać obywatelstwo francuskie... Posiadanie obywatelstwa było jej manią...

— Ale mieliście rozwód?

— Ma się rozumieć... Nasze małżeństwo trwało pół roku... Akurat, żeby uspokoić urząd emigracyjny, który chciał ją wysiedlić ze Stanów Zjednoczonych... Musiałem się dobrze skupić, aby nie zgubić wątku

jego opowiadania. Zwłaszcza że głos miał bardzo słaby.

— Wyjechała do Francji... I już więcej jej nie zobaczyłem... Aż dowiedziałem się o... samobójstwie...

— W jaki sposób pan się o tym dowiedział?

— Od znajomego Amerykanina, który znał Gay i w tym czasie był w Paryżu. Przysłał mi mały wycinek

z gazety...

— Zachował go pan?

— Tak. Na pewno mam go u siebie. W którejś szufladzie.

Doszliśmy do ogrodów Trocadero. Fontanny były podświetlone i panował duży ruch.

Koszyk jest pusty
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2018 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL