znajdź książkę
katalog
newsleter
Rok 1920  Zwiastun szalonej dekady
42,00 zł
cena
37,80 zł
w promocji
Kup książkę
Eric Burns
Rok 1920 Zwiastun szalonej dekady
1920: The Year That Made The Decade Roar
przekład: Tomasz Fiedorek
opracowanie graficzne: Lijklema Design. Karolina i Hans Lijklema
seria: Humanistyka - wydania indywidualne
wydanie I
wrzesień 2017
oprawa broszura ze skrzydełkami
format 145x205 mm
str. 392
ISBN 978-83-07-03383-9

TYMCZASEM NA DOLNYM MANHATTANIE tamtego dnia, w połowie września 1920 roku, sześć lat po otwarciu Kanału Panamskiego, przechodnie mogliby zauważyć coś niezwykłego, gdyby przyjrzeli się koniowi stojącemu przed bankiem Morgana i nie chodziło o to, że koń był stary, zmęczony i miał zapadnięte boki. Oto zachowywał również niezwykły spokój pomimo zgiełku, jaki go otaczał. „Wall Street zdawało się być jednym wielkim placem budowy” – pisze Beverly Gage z Uniwersytetu Yale w opracowaniu The Day Wall Street Exploded (Dzień, w którym wybuchło Wall Street), poświęconym tragicznym wypadkom owego dnia. „Uderzenia młotów, zwykłych i pneumatycznych, odbijały się echem od ścian kanionów ulic, pak z marmurami i drewnem oraz maszyn budowlanych, które blokowały i tak już zatłoczone ulice”. Nowe gmachy miały być nie tylko liczne, ale również eleganckie, zrobione z najwspanialszych materiałów i zaprojektowane przez najlepszych architektów na świecie.

Dobrych wieści gospodarczych napływało oczywiście więcej. Rok wcześniej „Wall Street Journal” pisał, że „handel nieruchomościami w rejonie Wall Street na rynku pierwotnym i wtórnym jest większy niż kiedykolwiek”. I zdanie to nadal było prawdziwe. […]

Chociaż zbliżało się południe, nie pojawiły się żadne oznaki deszczu, który  prognozowano w porannych gazetach. Niebo było bezchmurne. Także temperatura, wynosząca już około 20 stopni Celsjusza, nie odpowiadała prognozom, gdyż nie przewidywano, że będzie tak ciepło. Dzień był suchy. Niemal idealna pogoda końca lata. Nagle panujący zgiełk wzmogły jeszcze dzwony kościoła Świętej Trójcy, rozpoczynając wybijanie dwunastu uderzeń, jak co dzień w południe. Był to sygnał dla pracowników rożnych instytucji finansowych znajdujących się wokół świątyni, dla setek kobiet i mężczyzn, którzy ruszyli z pracy, spiesząc na lunch. Dziennikarz Mark Sullivan pisze, że „na chodnikach jak zwykle panował tłok: maklerzy, brokerzy, pracownicy biur, gońcy bankowi, stenografistki – wszyscy oni [...], poszturchując się nawzajem, próbowali torować sobie drogę”. Niektórzy biegli, inni szli szybkim krokiem, a dźwięk obcasów uderzających o chodniki stapiał się w jednostajny stukot przypominający grę na marakasach. Większość pracowników miała tylko półgodzinną przerwę – kiedy wychodzili na zewnątrz, słychać było właśnie ostatnie uderzenia dzwonów, co oznaczało, że stracili już prawie minutę z czasu przeznaczonego na posiłek. […]

KIEDY DZWONY KOŚCIOŁA ŚWIĘTEJ TROJCY uderzyły po raz ostatni, rozbrzmiewając ponad Wall Street oraz stojącym na niej koniem i wozem, eksplodowała bomba. Dziennikarz John Brooks pisał, że „po wybuchu cały ten obszar na kilka minut zasnuła wielka chmura zielonkawego dymu, płomienie strzeliły do wysokości dwunastego piętra, wyleciały praktycznie wszystkie szyby w najbliższej okolicy, a czasami nawet prawie kilometr dalej. Ciężkie kraty broniące dostępu do Urzędu Probierczego wygięły się. [...] Znajdujący się przy samej Wall Street kościół Świętej Trójcy zatrząsł się w posadach, ale cudem czy też na skutek przypadku nie doznał żadnego materialnego uszczerbku”.

Ludzie pracujący w pobliżu byli przerażeni. „To był najgłośniejszy huk, jaki słyszałem kiedykolwiek w życiu” – opowiadał wieloletni pracownik banku Morgana, Andrew Dunn. „Już on sam mógł zwalić z nóg”. Inny pracownik Morgana, Walter Dickinson, który był kierownikiem działu kredytów i akurat tego dnia nie poszedł na lunch, mówił potem: „Siedziałem przy swoim biurku pod szklanym sklepieniem, gdy usłyszałem eksplozję, jakby huk wystrzału z działka Gatlinga”. Pewien człowiek pracujący w firmie importowo-eksportowej opowiadał, że w momencie wybuchu był „przy południowo-wschodnim narożniku skrzyżowania Wall Street i William Street i szedł na wschód. Usłyszawszy straszliwy grzmot, odwrócił się. Ujrzał dwie ściany płomieni, które wydawały się zajmować całą szerokość Wall Street i sięgać do wysokości dziesiątego piętra”. Chciał natychmiast uciec stamtąd, jak najdalej i jak najszybciej. Najpierw jednak musiał się otrząsnąć i oderwać wzrok od niesamowitego widoku. Dwie ściany ognia, wyglądające niby ciała stałe, podniosły się jakoś z ziemi, gorętsze od płomieni piekielnych. Mężczyzna zaczął biec, ale gorące powietrze zdawało się go wyprzedzać. Wiele ofiar tego wybuchu doznało poważnych oparzeń.

 

Joseph P. Kennedy, który miał później zostać patriarchą pierwszej dynastii politycznej Ameryki, był wówczas trzydziestodwuletnim finansistą na dorobku. Akurat wychodził ze stacji metra, gdy „poczuł wstrząs […] i znalazł się na ziemi. Podniósł się oszołomiony i otępiały i pobiegł na Wall Street, gdzie ujrzał chmury lecącego szkła oraz mężczyzn i kobiety z rozbitymi głowami i zakrwawionymi twarzami. Wiele osób krzyczało w agonii lub ze strachu”.

Pewien piętnastoletni goniec zaś, który właśnie doręczył paczkę, twierdził, że podmuch wybuchu „całkowicie uniósł go z ziemi”.

„Ci, którzy ocaleli – pisał Brooks – najpierw rzucili się do ucieczki wśród szalonego zamętu, krzycząc w niebogłosy oraz potykając się o ciała zabitych i rannych; po kilku minutach ciekawość wzięła jednak gorę nad lękiem przed drugą eksplozją i niczym fale przyboju stopniowo posuwali się do przodu, a dołączały do nich tysiące ludzi wylewających się z pobliskich budynków. W ciągu pięciu minut na tym niewielkim obszarze tłoczyło się dziesięć tysięcy osób. Pod ich stopami leżeli ranni, którzy krzyczeli, chcąc uchronić się przed stratowaniem lub domagając się pierwszej pomocy”.

W wyniku wybuchu zginęło 38 osób, a ponad 400 zostało rannych, w tym 57 na tyle poważnie, że trzeba je było odwieźć do szpitala. Kilkoro spośród nich zmarło w ciągu miesiąca. Ranny w zamachu George Lacina, pracownik towarzystwa ubezpieczeniowego Equitable Life Assurance Society, wyszedł tego dnia wcześnie na przerwę na lunch. Nagle rzuciło go ze schodów restauracji Freda Eberlina przy New Street. Uderzył twarzą w jeden ze stopni i cały świat roztopił mu się w miękkiej czerwieni. Zahaczył ramieniem i połą marynarki o zwieńczoną szpikulcami balustradę. Później zauważył, że odpadły mu guziki od płaszcza, a zegarek spóźniał się o dziesięć minut. „Jakoś się pozbierałem – opowiadał dziennikarzom «New York World» – i zapytałem faceta, który także znajdował się u dołu schodów: «Co, u diabła, walnęło w Nowy Jork?»”.

Wartość zniszczeń szacowano na kwotę wynoszącą od pół miliona do dwóch i pół miliona dolarów. „Na odcinku kilku przecznic – pisze Mark Sullivan – szklane tafle wystaw sklepowych zostały rozbite, a fasady budynków mocno podziurawione. Kilka pięknych brązowych drzwi misternej ręcznej roboty uległo wypaczeniu i wyłamaniu”. A jak donosiła jedna z gazet: „Stojący w pobliżu automobil został ciśnięty na dwadzieścia stóp [około sześciu metrów] w górę”.

Bank Morgana był nie tylko symbolem amerykańskich finansów, ale stanowił ich prawdziwe ucieleśnienie. A właśnie tego dnia mógł wzbudzić szczególne zainteresowanie terrorystów, „gdyż dziewięć dziesiątych miliarda dolarów w złocie, w formie niewielkich sztabek, z których każda ważyła około dwudziestu pięciu funtów [nieco ponad jedenaście kilogramów] i była starannie zapakowana w drewnianą skrzynkę, przenoszono w asyście uzbrojonych strażników ze starego skarbca w budynku Banku Rezerwy Federalnej do nowego w sąsiednim Urzędzie Probierczym. Robotnicy przenosili złoto po długiej drewnianej rampie ponad wąską alejką między dwoma budynkami, zaś miejsce, w którym nastąpiła eksplozja znajdowało się niemal dokładnie naprzeciw owej alejki”.

Robotnikom dopisało szczęście, gdyż tamtego dnia poszli na lunch wcześnie, jeszcze przed wybuchem.

Koń leżał na boku na ulicy, prawie dokładnie tam, gdzie wcześniej stał. Zdaje się, że wybuch urwał mu dwa kopyta, ale informacje w raportach różnią się w tej kwestii. Wóz rozleciał się na kawałki; późniejsze śledztwo wykazało, że umieszczono na nim ładunek o mocy około czterdziestu pięciu kilogramów dynamitu, a także ponad dwieście dwadzieścia kilogramów żeliwnych ciężarków, które pełniły funkcję odłamków. Zapalnik czasowy miał zdetonować bombę w momencie, gdy będzie mogła poczynić jak największe szkody. Mechanizm zadziałał idealnie.

Niektórzy świadkowie nie byli w stanie przypomnieć sobie swoich pierwszych reakcji po eksplozji. Tak bardzo byli wstrząśnięci pobliskim wybuchem, że już nigdy nie zdołali przypomnieć sobie dokładnie, co się tam wydarzyło.

Inni jednak zareagowali szybko, emocjonalnie i całkowicie błędnie. Sądzili, iż wielka wojna tak naprawdę się nie skończyła i że teraz z jakiegoś upiornego powodu otwarto jej nowy front, właśnie wewnątrz Stanów Zjednoczonych. Ale dlaczego? Kim byli nasi wrogowie? Czego chcieli? Czy rozpacz tych kilku minionych lat zostanie teraz nagle zastąpiona lękiem przed tym, co ma nastąpić? Czy amerykańska dusza, umęczona we Flandrii, pod Verdun i nad Sommą, zniesie jeszcze więcej przemocy?

Prezydent Stanów Zjednoczonych nie podjął żadnych działań. Nie wygłosił żadnej mowy, nie wydał żadnego oświadczenia, nie zapewniał Amerykanów, że był to jedynie odosobniony incydent, niezwiązany z wydarzeniami międzynarodowymi. Według wszelkiego prawdopodobieństwa prezydent nawet nie wiedział, że w Nowym Jorku eksplodowała jakaś bomba. Według wszelkiego prawdopodobieństwa jego żona w ogóle mu o tym nie powiedziała; była wówczas jego jedynym łącznikiem ze światem zewnętrznym i z pewnością nie chciałaby go denerwować. Tak łatwo zbierało mu się teraz na płacz – co wcześniej nie zdarzało mu się nigdy, nawet drwił sobie z takich reakcji. Zresztą gdyby ona, z jakiegoś powodu, musiałaby mu powiedzieć o straszliwej tragedii na Wall Street, Woodrow Wilson i tak nie wiedziałby, co z tym począć. Od roku nie wiedział nawet, jak być prezydentem. To był trudny czas dla pani Edith Galt Bolling Wilson, która nigdy nie przypuszczała, że będzie żoną inwalidy nominalnie kierującego krajem, przeżywającym, jak na to wyglądało, okres gwałtownego rozwoju.

TO, CO WYDARZYŁO SIĘ NA WALL STREET w południe 16 września 1920 roku, było pierwszym atakiem terrorystycznym, do jakiego doszło na terytorium Stanów Zjednoczonych. Było również najbardziej krwawym aktem tego rodzaju aż do zamachu bombowego Timothy’ego McVeigh na Murrah Federal Building w Oklahoma City w 1995 roku, kiedy 168 osób straciło życie, a ponad 600 zostało rannych.

o autorze
Burns Eric

Eric Burns (ur. w Pensylwanii) – amerykański dziennikarz i popularyzator historii Stanów Zjednoczonych. Od lat 70. XX wieku aż do 2008 r. pracował jako korespondent krajowy i komentator stacji telewizyjnych, występując m.in. regularnie w programie NBC Nightly News oraz prowadząc przez 10 lat Fox News Watch.

Od lat 90. publikuje także książki poświęcone dziejom Stanów Zjednoczonych, głównie z zakresu historii społecznej i obyczajowej (m.in. The Spirits of America: A Social History of Alcoholz 2004 r., nagrodzona przez American Library Association) oraz historii mediów i dziennikarstwa (jak Infamous Scribblers: The Founding Fathers and the Rowdy Beginnings of American Journalism z 2006 r. oraz Invasion of the Mind Snatchers: Television's Conquest of America in the Fifties z 2010 r.)

 

polecamy
Koszyk jest pusty
13,30 zł
Jerzy Giedroyc, Czesław
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2017 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij