znajdź książkę
newsleter
Dziennik 1949-1956
45,00 zł
cena
Kup książkę
Sándor Márai
Dziennik 1949-1956
A teljes Napló
przekład: Teresa Worowska
opracowanie graficzne: Lijklema Design. Karolina i Hans Lijklema
seria: Literatura przekładowa - wydania indywidualne
wydanie I
maj 2017
oprawa twarda
format 150x210 mm
str. 528
ISBN 978-83-07-03412-6

Constitution, 15 kwietnia

Od trzech dni w podróży. Dziś o siódmej nasz statek dopłynął do Gibraltaru, zacumował z dala od portu i stał w zatoce wszystkiego tylko cztery godziny. O wpół do siódmej byłem już na pokładzie i przez lornetkę Zeissa widziałem wyraźnie brzegi Hiszpanii i Afryki. Pomiędzy Cannes i Gibraltarem morze zachowywało się w nocy niespokojnie, ale rankiem niebo przejaśniło się, a wiatr niemal ustał. Armaty Gibraltaru na szczycie nagiej skały odcinały się ostrymi liniami od błękitnego nieba.

 

Pożegnanie z Neapolem, z Posillipo było w moim życiu najboleśniejszym pożegnaniem z miejscem i ludźmi. Trzy i pół roku w Italii, na Posillipo, uważam za największy dar życia. Wszystko tu lubiłem i wiedziałem, że tutejsi mieszkańcy też mnie na swój sposób przyjęli. Wiele osób w okolicy i w domu płakało, ściskało mi rękę, przyszedł winiarz, węglarz, sprzedawca ryb. W ostatnich dniach zrozumiałem, dlaczego tak trudno stąd wyjeżdżać. Krajobraz, ludzie, Italia, wszystko pozostaje na swoim miejscu, to prawda. Ale te ponad trzy lata były dla mnie przeżyciem absolutnym, które teraz gwałtownym gestem przerwałem. Mówią: „Zawsze może tu pan wrócić. Łatwiej wrócić niż wyjechać” itp. Nieprawda. To jest tak, jak uczuciowe przywiązanie do kogoś, do kobiety, którą się opuszcza na kilka lat... Do czegoś takiego – do tego przeżycia – nie można powrócić. Kobieta pozostaje w tym samym miejscu, ale nie jest już tą samą kobietą.

 

Statek zwodowano rok temu. To duża jednostka, dwadzieścia dziewięć tysięcy ton wyporności. Amerykanie zgromadzili tu wszelkie możliwe atrakcje, jakie w dzisiejszych czasach można zainstalować na statku. Wszędzie, w każdym kątku air conditioning. Podróżujemy klasą turystyczną, w kajucie, która jest duża jak pokój w porządnym hotelu; oczywiście ma klimatyzację, osobny prysznic i WC. Posiłki podają obfite do przesady. Podróżni są typowymi pasażerami emigranckich statków; biedni Włosi, którzy utrzymują się z okruchów kwoty emigracyjnej, ale również Włosi o niebudzących zaufania twarzach, południowe męty, typowi zamerykanizowani młodzieńcy w stylu Ala Capone. Wszyscy tracą, gdy opuszczają ojczyste strony, Włosi również.

 

17 kwietnia

Dziś jest dwudziesta dziewiąta rocznica naszego małżeństwa. L. przypomina mi o tym rano, a ponieważ statek przepływa właśnie obok Wysp Azorskich, gdy siedzę na górnym pokładzie i obserwuję wyspy przez lornetkę, mam czas przemyśleć, czym było w istocie tych dwadzieścia dziewięć lat, a potem – jaki był sens całego życia.

Ale na takie pytania nie ma odpowiedzi. Koleje losu nie oznaczają, że postępujemy ku jakiemuś świadomie wytyczonemu celowi, tylko na tym, że po prostu żyjemy. Chciałbym dokonać obrachunku, ale w końcu szczerze mogę powiedzieć tylko tyle, że urodziłem się w tragicznej epoce i w tej tragicznej epoce miałem jak dotąd barwne, ciekawe i bogate życie.

Kabina doskonała. Łóżka to nie zwykłe prycze, tylko full-bed-size, trzy szerokie, świetnie osprężynowane posłania. János zajął górne łóżko, a potem z nieskrępowaniem właściwym dziecku wziął w posiadanie cały statek. Mamy własną kabinę z prysznicem, z gorącą wodą morską, dokazuje więc pod tym wodospadem, całymi dniami gra w hokeja pokładowego na górnym pokładzie albo siedzi w kinie. Kino znajduje się w głębinie statku, ma widownię ze wspaniałymi skórzanymi fotelami, znakomitą wentylację i działa przez cały dzień. Wyświetlają bezduszne kolorowe filmy amerykańskie.

W kabinie, która ma wielkość niemal pokoju hotelowego, przez cały dzień mamy świeże powietrze. Sekretne urządzenie za pokręceniem guziczka pozwala ustawić żądaną temperaturę. Mydło, ręczniki i pościel steward zmienia aż nadto często. Ten statek jest oknem wystawowym bogatej, potężnej, materialistycznej Ameryki.

Zasadniczą przyczyną, z której powodu musiałem się zdecydować na tę podróż po tym, co przeszliśmy, jest świadomość, że trzeba wreszcie wyjść ze stanu bezpaństwowości, a jedyną rzeczą, którą mogę dać podróżującemu z nami Jánosowi, jest obywatelstwo amerykańskie. Reszta będzie już zależała od niego. L. i ja – tak planuję – pozostaniemy za oceanem dwa lata, zdobędziemy papiery i wrócimy do Europy. Jeśli się nam powiedzie, będziemy mieszkać na zmianę w Ameryce i w Europie. Nie wydaje się to całkiem niemożliwe – wielu ludzi tak robi nawet przy skromnych możliwościach finansowych.

To szósty dzień naszej podróży. Statek płynie wzdłuż Sun-Lane-Line, linii zachodzącego słońca. Od Gibraltaru mamy za sobą już niemal dwa tysiące kilometrów. Jeszcze trzy dni do Nowego Jorku. Od Neapolu oddaliliśmy się już o siedem tysięcy siedemset kilometrów – to dziewięciodniowa podróż szybkim statkiem. Morze jest spokojne, wiatr północny. L. i János dobrze znoszą podróż, a ja zawsze, podczas wszystkich dotychczasowych podróży, nawet po Oceanie Atlantyckim, byłem całkowicie odporny na chorobę morską. Pasażerowie trzeciej klasy: smutni pariasi, emigranci z różnych miejsc, wielu Niemców i innych. Ameryka, ten wielki vacuum cleaner, wciąga wszelki ludzki śmieć, i co z nich potem robi? Amerykanów.

 

Nowy Jork, 3 maja

Statek Constitution zawinął do portu na Manhattanie zgodnie z rozkładem rejsów, o dziewiątej rano. Już o siódmej wyszedłem na pokład. Świeciło słońce. Z daleka, z jasnobłękitnej kwietniowej mgły drapacze chmur Manhattanu wyłoniły się niczym ruchoma wizja. W niebieskozłotym świetle był to bajeczny widok, nigdy w piękniejszy sposób nie przybywałem do celu podróży. Wysokościowce kołysały się w miękkim, szaroniebieskim powietrzu, w złotawym świetle. Nowy Jork przypominał mi w tamtej chwili Wenecję. Ale to inna Wenecja, nie settecento, lecz epoki atomowej.

 

Z podróży pozostało mi jedno silne wspomnienie: ocean. Mam jakieś głębokie, prastare poczucie wspólnoty z wodą, mocniejsze niż z lądem. To mój żywioł. Na wodzie nigdy nie czuję się źle, nawet podczas burzy. Statkiem czasami kołysało, jeden raz mocniej, nocą, w pobliżu Bermudów. Ale nawet wtedy czuję się dobrze, swojsko.

Wszyscy tracą, gdy opuszczają ojczyste strony, Włosi również. Wśród pasażerów statku było wielu Włochów; ten naród, który tak bardzo lubię, w obcych warunkach jakoś nie wydawał mi się sympatyczny, raczej cygański i nieporządny. Słyszę, że w ocenie Amerykanów Włosi są gdzieś przy końcu listy imigrantów, bezpośrednio przed kolorowymi. My, Węgrzy, też jesteśmy na niewiele wyższej pozycji. Za najcenniejszych imigrantów uważa się Anglików i Skandynawów. Potem Niemców. Po nich następują inni.

inne książki tego autora
Koszyk jest pusty
20,00 zł
Nancy Mitford
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2017 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij