znajdź książkę
newsleter
Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie
Cezary Chlebowski
Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie
opracowanie graficzne: Maria Drabecka
seria: Literatura polska - wydania indywidualne
wydanie VIII rozszerzone
kwiecień 2017
oprawa twarda
format 145x205mm
ISBN 978-83-07- 03390-7

W tej grupie, którą w relacji „Orkana” odprowadziliśmy aż do prowizorycznego obozowiska, nie było już „Ponurego”.

Zaraz po przecięciu traktu z wyraźnymi odciskami gąsienic czołgowych zwołał krótką naradę dowódców, których miał pod rękę. Rzuca myśl – zaatakować Niemców. Patrzą na niego zdumieni. Jak to? Dokoła czołgi, samoloty, przewaga nieprzyjaciela dziesięciokrotna, Zgrupowania rozproszone, w odskoku, a komendant chce atakować.

– Oczywiście – mówi „Ponury”. – Właśnie teraz, kiedy są pewni zwycięstwa, kiedy myślą, że nas rozpędzili.

Oddział, jaki ma do dyspozycji, jest niewielki, piąta część Zgrupowań, ledwie osiemdziesięciu ludzi. Decyduje więc szybko. On z oddziałem „Jurka” zostaje tu, reszta pod dowództwem wachm. „Tarzana” i ppor. „Leszka Antoniewicza” idzie na rezerwowe miejsce koncentracji.

„Ponury” tymczasem rozsyła trzech łączników mających odnaleźć umykającego „Nurta” z ludźmi i przekazać mu rozkaz zjawienia się pospiesznym marszem przy trakcie Wykus – Wąchock niedaleko zakrętu. Gdy oddział „Jurka” zwiąże Niemców ogniem, „Nurt” powinien uderzyć od tyłu.

Wojsko rozkłada się w zasadzce. Granaty pod ręką, magazynki i taśmy w czterech erkaemach i elkaemach założone, broń i ludzie zamaskowani. Leżą i czekają. Piaszczysty trakt pokryty odciskami gąsienic czołgów – w zasięgu rzutu granatem. „Ponury” spokojnie gryzie kawałek pożółkłej trawy. Żołnierze, patrząc na komendanta, odzyskują wiarę. Znów oni uderzą. To, co było rano, to zmienne koleje wojaczki. Ale i tak udało się – Niemcy zaatakowali z zasadzki siłą miażdżącą, wydawało się, że zagłada nieuchronna – a Zgrupowania mimo to się wywinęły. Teraz pokażą, co potrafią.

Deszcz się nasila, kwadranse mijają, a Niemców nie ma. Wreszcie z tyłu leżących szeleszczą gałęzie. Z lasu wychodzi dwóch żołnierzy od „Nurta”. Meldują „Ponuremu”, że Niemcy już przejechali, jedna grupa wróciła do Wąchocka, druga do Siekierna. Co prawda słyszeli niedawno strzały na Wykusie, ale czy to Niemcy strzelali, czy nasi, nie wiadomo. Wobec nasilającego się deszczu, zapadającego zmierzchu i zmęczenia żołnierzy „Ponury” decyduje się zwinąć zasadzkę. W deszczowej szarówce oddział odmaszerowuje na nakazane wcześniej miejsce koncentracji.

Nie wszyscy jednak spędzili noc w tym prowizorycznym obozowisku. „Ponury” powierza dowództwo Zgrupowaniami przybyłemu właśnie „Nurtowi”, sam zaś staje przed dwuszeregiem zmęczonych, zziębniętych chłopców i krzyczy:

– Dwudziestu na ochotnika z broni maszynową, wystąp!

Komendant wzywa! Zmęczenie pryska w jednej chwili. Każdy, kto ma maszynkę, robi trzy kroki do przodu. Minie więc jeszcze sporo chwil, nim z tego ochotniczego tłumku wybranych zostanie dwudziestu. Tylko dwudziestu. Ci, którzy zostają, patrzą na wybrańców nieco spode łba. Bo furda tam zmęczenie, poniewierka, obławy. Komendant wzywa ochotników. Coś się dzieje. Przejmujemy inicjatywę. Nie złamali Niemcy swoim niespodziewanym atakiem bojowego ducha Zgrupowań.

Tymczasem wydzielony oddział pod dowództwem „Ponurego” niknie w ciemnościach. Idą po omacku, lasem, obijając się o niewidoczne w mroku pnie, chłostani giętkimi witkami krzaków o mokrych liściach. Dokąd? To chyba wie komendant, bo idzie pewnie, w szpicy, jak zwykł zawsze chodzić tam, gdzie największe niebezpieczeństwo. Ci z chłopców, którzy są miejscowi, szepczą domyślnie:

– Tak, jakby na Wykus prowadził.

Na Wykus? Niemożliwe. Toż tam Niemcy mogą być jeszcze w zasadzce. Ale Niemcy w lesie? W nocy? Oni przecież lasu się boją. Jednak ci z dzisiejszej obławy byli jacyś dziwni, weszli nocą i wbrew swoim obyczajom siedzieli cicho, aż Zgrupowania zasnęły. I wtedy uderzyli.

A jednak! Teraz już wszyscy to widzą. Idą na Wykus. Coraz więcej znajomych elementów i piaszczysty trakt z łagodnym łukiem zakrętu, którym każdy z nich przecież nieraz szedł na czujkę.

Od „kropki” wiatr niesie kwaśny swąd spalenizny. Do obozowiska chyba już blisko. Pół oddziału już jest w szpicy, peemy i steny, podane krótkimi głodnymi lufami do przodu, węszą, zerkają, aby wziąć odwet. Ale dokoła cisza. Tylko górą wiatr łomoce w konarach i z dala dochodzi trzask ognia.

Gdzieś od przodu, między pniami, miga lekka poświata. Księżyc? Nie. Delikatna jasność faluje, drga. Jest obozowisko. Tak, to ich własne ognie dopalają się, snują przy ziemi kity dymu, a ogniska rzucają dokoła nikłą poświatę z pełgających tu i ówdzie płomyków.

W ich blasku żołnierze widzą obraz zniszczenia. Rozsypane, wdeptane w błoto żandarmskimi butami wpółsurowe ziemniaki, których oni nie zdążyli ugotować, poprzestrzeliwane aluminiowe bańki na mleko, służące im za kotły do gotowania, nadpalone poszycia szałasów, rozbite niemieckimi granatami wozy taborowe ze złotą pszenicą rozsypaną z rozprutych worków. Gdzieś pod krzakiem tu i tam zwinięty kłębek ludzki. Odwracają go na wznak, ale szkliste oczy mówią, że na ratunek za późno. Ciężko na sercu, gula rośnie w gardle, ale i szczęki zwierają się w mściwym grymasie.

– „Sowa”, połowa stanu na czujki dwieście metrów od obozu – poleca „Ponury” spokojnym głosem.

– Taa jest – zwiera obcasy mokrych, rozklapanych kapci żołnierz. Od obozu! Tak powiedział komendant. A więc Niemcy nie przepędzili nas stąd raz na zawsze. A więc jest nadal obóz. Wykus ukochany. Co prawda dziś sponiewierany, poraniony, ale znów odzyskany. Nasz...

Idą więc chłopcy znanymi sobie ścieżkami jak co noc na czujki, „Sowa” prowadzi ich pewnie. A „Ponury” dorzuca do jednego z przygaszonych ognisk garść mokrych gałęzi – tu i tam bucha płomyk, rośnie, rzuca na czarne drzewa jasne plamy. Biegający po pochylonej twarzy „Ponurego” szybki ich ruch sprawia wrażenie, jakby nieruchoma twarz komendanta drgała.

Mżawka zaczyna szumieć po liściach. Dym szczypie w oczy, ale mimo to chłopcy, zbici w gromadkę, skupiają się przy ogniu, grzeją zgrabiałe, wyciągnięte ku płomykom dłonie. Ktoś znalazł na dnie postrzelonej konwi nieco wody, przyciągnął do ogniska i oparł blachę o pulsujące żarem głownie, przysiadł i – jak inni – zamarł w bezruchu.

Cisza, tylko wiatr szumi w konarach. Któryś mlasnął głośniej, jedząc półsurowego kartofla. Inni bezgłośnie żują mokre, zmieszane ze ściółką, ziarna pszenicy.

Milczą. Po co tu przyszli? – myśli niejeden. Bo komendant kazał – to jasne. On na pewno wie. Nie ich, prostych żołnierzy, pytać komendanta.

– Pewno się zastanawiacie, po co tu przyszliśmy? – zapytał naraz „Ponury”.

Skąd on to wie? Przecież tylko myśleli.

– Powiem wam. Bo Wykus jest nasz, nie ich. Rozproszyli nam chłopaków, którzy teraz, gdy Niemcy odeszli, będą nas szukali. Tu nas będą szukali, na Wykusie, w naszym domu – mówi cicho, ale z narastającą mocą „Ponury”. – Nie wolno, aby dom zastali pusty.

Wstaje powoli, oświetlony od dołu pełgającymi płomykami na tle czarnego nieba. Obserwującym go chłopcom zdaje się być olbrzymem. A on podnosi obie dłonie do ust i krzyczy pełną mocą potężnych piersi:

– Żołnierzeee! W obozie jest wasz komendant „Ponury”!

Ponury! Ponury! Ponury! – powtarza między konarami cichnące echo.

Komendant powoli opada do przysiadu. Znów cisza. Któryś dorzucił nieco gałęzi do ognia, widać suchszych, bo płomień się ożywił i buchnął jasnością i ciepłem. Zaszczypało gorąco w wyciągnięte, zgrabiałe dłonie, więc je cofnęli. I tak...

– Stój! Kto idzie?

Okrzyk czujki, niegłośny przecież, podziałał jak granat rzucony w ognisko. Rozproszyli się w mgnieniu oka i przywarłszy do mokrych pni, szczęknęli zamkami automatów.

W ciemności, tam gdzie czujka okrzyknęła kogoś, coś szeptało, szeleściło gałęziami.

– Chłopaki! Pomóżcie! – domaga się czujka.

Na ruch ręki komendanta podrywa się do ciężkiego biegu „Sowa” i jeszcze jeden z chłopców. Reszta wychodzi zza drzew i grupuje się znów przy ognisku.

Od czujki trzeszczą gałęzie. Ktoś idzie. To „Sowa” z kolegą i ktoś trzeci, zwisający im u ramion. W kręgu ognia widać twarz trupią, zieloną, oczy przymknięte i tylko spazmatyczny dygot ust wskazuje, że ten ludzki strzęp żyje. Chłopcy tymczasem sadowią marę jak najbliżej ciepła. Właśnie to ciepło powoduje, że otwiera oczy i chwilę błądzi dokoła nieprzytomnym wzrokiem. Wyciąga następnie zielone, rozdygotane dłonie do ognia, a z rękawów, z nogawek, z butów cieknie woda.

– Ja go znam – szepcze jeden z chłopaków. – To ze zgrupowania komendanta „Mariańskiego”.

Rozdygotany człowiek wodzi po nich mętnym spojrzeniem, a gdy dostrzega „Ponurego”, przytomnieje i tak jakby chciał podnieść osłabłe ciało, ale komendant powstrzymuje go ruchem ręki. Nieśmiały, nikły uśmiech łamie fioletowe usta i mara przez dygot zębów szepce:

– Ppan... kkomendant... „Pponury”...

– Dajcie mu się napić czegoś ciepłego – mówi komendant przez zduszone gardło.

Wysączają więc z przestrzelonej bańki resztki już podgrzanej, buchającej parą wody. Żołnierz nie jest w stanie utrzymać jej w bezsilnych rękach, wlewają więc z manierki w usta. Powoli dygot ustaje. Chłopcy ze stosu niedopalonych przez Niemców sortów mundurowych, zdobytych jeszcze przez „Robota” w Końskich, wygrzebują najmniej dziurawe suche spodnie i kurtkę, zdejmują z przybysza przemoczoną odzież, rozcierają czym się da, aż człowiek jęczy z bólu. Sine ciało jednak nabiera normalnej barwy. On zaś, opanowawszy już dygot ust, opowiada.

Gdy Niemcy uderzyli, prosto ze snu rzucił się tam, gdzie słyszał głos swego komendanta – „Mariańskiego”. Ale wszędzie, gdzie szedł, byli napastnicy. Gdy więc stracił nadzieję przedarcia się, runął w potok i wczołgał się pod brzegowy nawis. Tam, w lodowatej wodzie, przeleżał piętnaście godzin. Widział i słyszał wszystko. Bój, przebijanie się chłopców, potem panoszenie Niemców w zdobytym obozie, palenie zimowych zapasów, żywności, mundurów, które przywieźli „Robotowcy”. Słyszał, jak wybuchy granatów rozsadzały taborowe wozy, a pojedyncze strzały skracały mękę konania kolegów. Dwa kroki od niego żandarmi myli w strumieniu pokrwawione ręce i narzekali, że im grabieją, a on zanurzony po szyję tracił przytomność i znów ją odzyskiwał.

Ocknął się, gdy było już ciemno, dokoła zalegała martwa cisza, tylko ciężki dym snuł się przy ziemi. Kilka kroków od jego kryjówki ktoś chodził. Był przekonany, że to nadal Niemcy. I naraz z oddali usłyszał głos:

– Żołnierzeee! W obozie jest wasz komendant „Ponury”!

Raz kozie śmierć – pomyślał. Było mu już wszystko jedno. Postanowił wyjść, przekonany, że jest to raczej niemiecka prowokacja. Ale wolał kulę niż śmierć z zamarznięcia. Długą chwilę mocował się z bezwładem ciała i niewysokim przecież brzegiem strumienia. Wreszcie wypełznął z wody.

A gdy usłyszał: – Stój! Kto idzie? – po polsku, wiedział już, że to nie zasadzka. Zemdlał.

Słuchali w milczeniu tragicznej opowieści. Ogień syczał i trzeszczał. Czekali. Nikt nie przychodził. Komendant podniósł się, poderwało się od razu dwóch, trzech, ale ruchem ręki kazał im zostać. Zniknął w ciemności i dość długo go nie było.

Gdy wrócił, miał w ręku mokry mapnik. Prawda, przez cały czas obławy nie widzieli go u komendanta. Były tam ważne papiery i talizman – klucze pińskiego więzienia.

Nikt ich nie widział na oczy, ale wielokrotnie słyszeli, jak podzwaniały cicho, gdy w marszu komendant przechodził obok.

– Możesz iść? – zapytał dziwnie cicho „Ponury”.

– Spróbuję, panie komendancie – odparł ciągle dygocący żołnierz i spróbował się podnieść, ale musieli go podeprzeć mocnym ramieniem, nim stanął na nogi.

„Ponury” spojrzał na zegarek.

– Chyba już nikt nie przyjdzie. Północ minęła. Jutro pochowamy zabitych. Ściągnąć czujki.

A gdy zebrali się znów całą grupą, powiedział:

– Na wiosnę tu znów wrócimy! „Sowa”, prowadź szpicę.

Czarny las ich pochłonął.

o autorze
Chlebowski Cezary

Cezary Chlebowski (1928–2013) – dziennikarz, publicysta, powieściopisarz i historyk. Od początku 1944 r. uczestnik konspiracji w szeregach Armii Krajowej pod okupacją niemiecką. Do 1950 r. członek Związku Harcerstwa Polskiego. Autor 17 książek (wiele z nich wielokrotnie wznawiano), w większości poświęconych działalności konspiracyjnej i partyzanckiej jednostek AK podczas II wojny światowej, głównie na terenie centralnej Polski, Nowogródczyzny i na ziemiach na wschód od przedwojennych granic Rzeczypospolitej. Po opublikowaniu Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie(1. wyd. w 1968 r.) był przez kilkadziesiąt lat zaangażowany w upamiętnienie osoby jej głównego bohatera, porucznika cichociemnego Jana Piwnika, i dowodzonego przezeń Zgrupowania Partyzanckiego AK „Ponury”, a także w działania na rzecz sprowadzenia prochów Jana Piwnika z Ziemi Nowogródzkiej na rodzinną Kielecczyznę.

Koszyk jest pusty
24,80 zł
Maria Iwaszkiewicz
19,00zł
Jerzy Giedroyc, Czesław
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2017 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij