znajdź książkę
newsleter
Jeden dzień w starożytnym Rzymie. Życie powszednie, sekrety, ciekawostki
40,00 zł
cena
Kup książkę
Alberto Angela
Jeden dzień w starożytnym Rzymie. Życie powszednie, sekrety, ciekawostki
Una giornata nell’antica Roma. Vita quotidiana, segreti e curiosità
przekład: Alina Pawłowska-Zampino
opracowanie graficzne: Karolina Lijklema
seria: Humanistyka - wydania indywidualne
wydanie I
listopad 2016
oprawa miękka
format 123x197 mm
str. 344
ISBN 978-83-07-03382-2

Basilica Iulia – świątynia sprawiedliwości

Kierujemy się ku Bazylice Julijskiej. Szereg pilastrów i białych arkad upodabnia ją do szkieletu olbrzymiego dinozaura. Tłumy zapełniają schody, które mają tylko siedem stopni, ale są tak szerokie, jakby tworzyły trybunę na stadionie. Tyle że z marmuru. Są zwyczajowym miejscem spotkań przed posiedzeniami sądu. Teraz też stoją tu grupki ludzi. Łatwo wśród nich rozpoznać adwokatów – patrzą z lekką wyższością na swoich klientów i na asystentów z „aktami” spraw pod pachą. Klientów też można łatwo rozpoznać – po niespokojnym spojrzeniu i napięciu na twarzy. Gdzieniegdzie na schodach polegują ludzie przyglądający się leniwie tłumom na placu. To świadkowie do wynajęcia, gotowi za pieniądze zeznać cokolwiek. Grupka osób ze skupieniem wpatruje się w jeden ze stopni. Zaciekawili nas, zbliżamy się więc, żeby sprawdzić, co robią. Dwóch mężczyzn gra w coś w rodzaju naszych warcabów. Między sobą mają planszę do gry (tabula lusoria)... wyrytą w marmurowej płycie (akt wandalizmu tolerowany, bo służy rozrywce). Podobne sceny można zobaczyć na skwerach i w parkach współczesnych miast, gdzie spotykają się pasjonaci szachów.

Mija nas mężczyzna owinięty togą w niecodziennym odcieniu ostrego fioletu i do tego zdecydowanie zbyt obszerną dla niego. Ciekawe, skąd ją wziął. Jest chudy, ma zapadnięte policzki i marnie ufarbowane na czarno włosy. Małe, chytre oczka zdradzają przebiegłą naturę, wygląda na takiego, co łapie się wszelkich sposobów, żeby przeżyć. Za nim podąża kilka osób. Starają się go zatrzymać, zadają mu jakieś pytania, chwytają za togę, wreszcie wszyscy przystają na schodach. Domyślamy się, że chudy człowiek jest adwokatem, a ludzie podążający za nim to jego klienci, którzy właśnie przegrali sprawę. Chcą, żeby im wyjaśnił, jak mogło do tego dojść. Z jego wykrętnych odpowiedzi i mętnego tłumaczenia wyciągają jeden wniosek – powierzyli swoją sprawę osobie niekompetentnej.

Atmosfera robi się coraz gorętsza. Zatrzymujemy się, zainteresowani, jak to się skończy. Dołączyło do nas kilku gapiów. Jeden z nich mówi półgłosem: – Dali się oskubać jak kurczaki. – Inny mruczy: – Przyjechali ze wsi i zaufali pierwszemu adwokatowi, jakiego spotkali. A ten ich załatwił... Biedaki. – Adwokat uwolnił się od przytrzymujących go rąk skrzywdzonych ludzi, przyspiesza kroku w nadziei, że zdoła ich zgubić w tłumie. Ale oni nie dają za wygraną i wkrótce cała grupa znika w ciżbie na placu.

Chudy człowiek w fioletowej todze to nie jedyny adwokacina, jaki od najwcześniejszych godzin rannych kręci się po Forum Romanum w poszukiwaniu chętnych do powierzenia mu sprawy sądowej. Rzymianie zwą ich causidici i pogardzają nimi. Causidici są wygadani i potrafią przekonać do siebie klientów, szczególnie ludzi prostych i nieobytych, ale nie radzą sobie na rozprawach. Kwintylian napisał o nich, że każą sobie płacić za samo wydanie głosu. Po pierwszym spotkaniu na forum zapraszają swoje ofiary do domu, żeby porozmawiać o ich sprawie, a także żeby zrobić na nich jak najlepsze wrażenie. Wiadomo o przypadku jednego z takich adwokatów, który postawił w atrium swego mieszkania brązową rzeźbę naturalnych rozmiarów przedstawiającą go na koniu, jakby był co najmniej konsulem. Miał nadzieję dodać sobie w ten sposób prestiżu.

Wchodzimy do bazyliki, chcemy lepiej poznać świat rzymskiego sądownictwa. Wnętrze jest ogromne, od ścian odbijają się echem głosy i kroki przemieszczających się w nim chaotycznie ludzi. Czujemy się zagubieni, nie wiemy, dokąd pójść. Można odnieść wrażenie, że to monumentalna katedra. Wnętrze podzielono na pięć długich naw, odgraniczonych od siebie potężnymi kolumnami. Najwyższa jest nawa centralna – sufit znajduje się na wysokości trzeciego piętra, w górnej partii ścian umieszczono ogromne okna, które dobrze oświetlają całe wnętrze. Ściany wyłożono jasnym marmurem, marmurowe są także kolumny, co jeszcze bardziej rozjaśnia bazylikę.

Jej powstanie Rzymianie zawdzięczali kilku wybitnym osobistościom, doskonale znanym z historii Imperium. Wzniesiono ją z woli Juliusza Cezara, prace dokończył Oktawian August, a pod posadzką znajdują się pozostałości domu Scypiona Afrykańskiego. W ogromnej nawie środkowej, która mierzy 82 metry długości i 18 metrów szerokości, od samego rana gromadzili się centumwirowie (centumviri), członkowie sławetnego kolegium sędziowskiego rozstrzygającego sprawy cywilne. W czasach Cesarstwa było ich nie 100, jak wskazuje nazwa, lecz 180.

W przestronnym wnętrzu bazyliki odbywały się procesy, podczas których zamieniała się ona w prawdziwą świątynię sprawiedliwości. Dzisiaj jednak rozstrzygane są tutaj pomniejsze sprawy, więc dla przyspieszenia procesy odbywają się jednocześnie w czterech salach. Utworzono je, posługując się prowizorycznymi przepierzeniami i ogromnymi kotarami. Centumwirowie również podzieleni są na cztery kolegia.

Jak przebiegały procesy w starożytnym Rzymie? Zajrzyjmy do jednej z sal sądowych.

Dwa procesy w antycznym Rzymie

W głębi zaimprowizowanej sali stoi podwyższenie, na którym zasiadł pretor, po obu stronach jego krzesła siedzi 45 centumwirów. Na ławkach u ich stóp zajęły miejsca strony procesowe oraz adwokaci, rodziny i znajomi. Musimy się bardzo starać, żeby dostrzec adwokata, który właśnie przemawia, bo między nami a procesującymi się stronami stoi tłum widzów, jakby to było przedstawienie, którego absolutnie nie można stracić. To zwykli ludzie: mężczyźni, kobiety, starcy. Także za nami tłoczą się ciekawscy, a ci, którzy nie znaleźli dla siebie miejsca w sali, ulokowali się między pilastrami bocznych naw bazyliki, a nawet nad naszymi głowami, na trybunach na pierwszym piętrze. Po co tu przyszli?

Od dłuższego czasu Rzymianie zwracają się do sądów z każdą banalną kłótnią. Dzisiejszy proces, na przykład, dotyczy kradzieży kóz.

Dochodzi więc często do „zakorkowania” wymiaru sprawiedliwości (podobnie jak to się dzieje we Włoszech współcześnie), bo na wokandach jest więcej spraw niż da się rozstrzygnąć. Jak pisał Swetoniusz, już w czasach Wespazjana: „Lista procesów wzrosła wszędzie do niebywałych rozmiarów, ponieważ dawne były jeszcze nierozpatrzone [...], a przybywały nowe [...]”. Pisał też, że gdyby nie kroki, jakie podjął cesarz w celu rozwiązania tego problemu, „do rozsądzenia tych wszystkich spraw nie starczyłoby całego życia procesujących się stron”.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden „współczesny rys” społeczeństwa rzymskiego. Jest to, wynikające z upodobania do widowisk, zainteresowanie procesem egzekwowania sprawiedliwości. Podobnie jak w naszych czasach ludzie ekscytują się doniesieniami z kroniki kryminalnej, które łatwo znajdują w gazetach i w telewizji, tak też mieszkańcy cesarskiego Rzymu uwielbiali przysłuchiwać się publicznym procesom sądowym. Sądząc na podstawie tłoku w bazylice, pociąg rodzaju ludzkiego do sensacji nie zmienił się przez wieki.

W bazylice jest gorąco i duszno. Ludzie wokół nas okropnie się pocą, ale nie wygląda na to, żeby ktoś zamierzał zrezygnować z widowiska. Adwokat mówi teraz o stratach poniesionych przez ofiarę kradzieży. Zachowuje się trochę jak komediant. Swoją żywą mimiką i gestykulacją przypomina aktora niemego kina. Nie wydaje się jednak, żeby jego styl robił jakieś wrażenie na centumwirach. Niektórzy błądzą gdzieś nieobecnym spojrzeniem, inni cicho rozmawiają między sobą, jeden wyrywa sobie włoski z nosa, inny walczy ze snem, z którym jego sąsiad już przegrał i chrapie teraz głośno. Pretor, mrużąc oczy, obserwuje chmury za oknem.

Nawet widzowie zrozumieli, że wysiłki adwokata są daremne. Są coraz bardziej rozbawieni, niektórzy zaczęli się śmiać. Jedyny, któremu nie jest do śmiechu, to poszkodowany, człowiek o stanowczym spojrzeniu, przybyły spoza Rzymu, przyzwyczajony do ciężkiej pracy na roli, prostolinijny i uczciwy. Kiedy jednemu z centumwirów opadła we śnie głowa na ramię sąsiada, zrozumiał, że pora z tym skończyć i przerwał adwokatowi słowami: „Nie o morderstwo ani o gwałt żaden, lecz o trzy kozy mam proces z sąsiadem. Ukradł je, mówię, bo jak kamień w wodę znikły. Więc sędzia pyta o dowody. A ty nas bitwą pod Kannami raczysz, wspominasz wściekłość punickich krętaczy, wyciągasz z grobu Sulle i Mariuszów, Mitrydatesa i sławnych Mucjuszów, grzmisz i przybierasz bohaterskie pozy. Ależ, Postumie, pamiętaj – trzy kozy!”. Cała sala wybuchnęła głośnym śmiechem, łącznie z kolegium sędziowskim. Adwokat zamilkł w jednej chwili i nie wypowiedział już ani słowa. Śpiący centumwir przebudził się, a pretor zapomniał o chmurach za oknem. Niewykluczone, że w ten sposób właściciel kóz wygrał swoją sprawę. W kącie sali siedzi jakiś człowiek i zapisuje, co usłyszał... Dzięki niemu jeszcze wiele stuleci później ludzie uśmiechną się, czytając mowę prostego chłopa.

 

Nieoczekiwany hałas jak grzmot zelektryzował wszystkich zebranych. Przerodził się zaraz w długie oklaski i gwizdy. W sąsiedniej sali, za ciężką kotarą i drewnianym parawanem też toczy się proces i pewnie adwokat właśnie trafił w samo sedno sprawy. Wszyscy zamilkli, nawet pretor i centumwirowie. Adwokat podjął swoją mowę. Jego gromki baryton, którego nie powstydziłby się aktor teatralny, bez trudu forsuje prowizoryczne przepierzenia i zagłusza dysputę na temat trzech skradzionych kóz.

Ludzie patrzą po sobie: któż to może być? Już po chwili po sali zaczyna krążyć nazwisko prawnika z sąsiedniej izby. To znana postać, prawdziwy książę Forum Romanum, znany ze świetnych wystąpień. Widzowie nie wahają się ani chwili, wychodzą pospiesznie z sali, jakby właśnie usłyszeli alarm pożarowy. Widowisko obok jest znacznie ciekawsze, a więc publiczność „przełącza kanał”...

Podążamy za tłumem. Sąsiednie pomieszczenie widzowie zapełniają do granic możliwości. Adwokat, którego mowa ich przyciągnęła, to przystojny mężczyzna o szpakowatych włosach i śmiałym spojrzeniu. Przerwał na chwilę, żeby napić się wody. Spogląda surowo na centumwirów, jakby ich osądzał, potem rzuca okiem na klepsydrę. Każdy adwokat ma do dyspozycji ograniczony czas: maksimum sześć klepsydr, a ponieważ każde przesypanie trwa 20 minut, oznacza to łącznie dwie godziny. Naturalnie, możliwe są odstępstwa od tej normy, czasem sędziowie są wyrozumiali i pozwalają na dłuższe mowy, w zależności od powagi procesu. Bywa, że posiedzenia zaczynają się wcześnie rano, a kończą o zachodzie słońca.

Adwokat wymierzył palec w stronę pary, która została pozbawiona przysługującego im dużego spadku. Zaczyna mówić, jego pierwsze słowa są jak seria z karabinu i poruszają wszystkich do żywego. Potem zatrzymuje się, uśmiecha i zamyśla, chodząc tam i z powrotem, jakby szukał właściwych sformułowań. Nagle odwraca się gwałtownie i z jego ust znowu wypływa potok słów. Jest niesamowicie elokwentny. Zauważamy, że jego asystent odkreśla coś na woskowych tabliczkach, jakby sprawdzał listę zakupów. Chodzi o to, żeby adwokat nie pominął żadnych argumentów. Wydaje się, że improwizuje swą mowę oskarżycielską, ale w rzeczywistości przygotował się do niej starannie i zapamiętał wszystko, stosując metody mnemotechniki. Używało ich wielu najznamienitszych adwokatów na Forum Romanum.

Dotarły do naszych czasów relacje starożytnych autorów z „prób generalnych” przed procesami. Były to poważne sesje, adwokaci wychodzili z nich rozgorączkowani, z błyszczącymi oczami, a asystenci skrajnie wyczerpani. Podczas tych prób, zwanych meditationes, zwracano uwagę nie tylko na trafny dobór słów i budowę zdań, ale i na ton głosu. „Partnerami sparingowymi” adwokatów byli świetnie wykształceni niewolnicy. Zdaniem Cycerona, być może najznamienitszego mówcy w dziejach Forum Romanum i mistrza w stosowaniu mnemotechniki, orator powinien umieć: wzruszać, bawić i przekonywać. A także zaskakiwać. Jesteśmy właśnie świadkami, jak robi to nasz adwokat. Dawno już minęły dopuszczone normą dwie godziny, gdy nagle rusza on w kierunku skrzywdzonej pary, mija ją i wpada w publiczność. I sędziowie, i widzowie są zaskoczeni tym dziwnym zachowaniem. Asystenci też udają zaskoczenie, ale wszystko zostało przewidziane w „scenariuszu”. Po chwili adwokat wraca na miejsce, trzymając za ręce dwoje wystraszonych dzieci, chłopca i dziewczynkę. Staje z nimi przed sędziami i ściska je czule. Są dziećmi pary, w której imieniu występuje. To sprytny zabieg – do tego momentu ukrywano je w tłumie widzów, żeby teraz wywołać większe wrażenie. Adwokat zaczyna mówić o ich smutnym losie, kiedy zabraknie im rodziców, i o tym, jak bardzo odziedziczone pieniądze mogłyby pomóc w wychowaniu – nie tylko dzieci, ale przede wszystkim młodych obywateli rzymskich. Ostatnie słowa podkreślił odpowiednim tonem głosu, żeby na pewno nie umknęły pretorowi i centumwirom, dla których dobro państwa powinno być najważniejsze. Nie jest to nowa strategia. Adwokat sprytnie posłużył się sposobem, który zastosował ponad 100 lat wcześniej jego znakomity kolega, współczesny Cyceronowi Sulpicjusz Galba. Ale ludzie zebrani w sali nie mają o tym pojęcia i to właśnie do nich adwokat obraca teraz dzieci, żeby wzruszyć do łez ten ważny składnik rzymskich trybunałów – publiczność. Patrzy po twarzach ludzi, wypowiada ostatnie słowa i kończy, przytulając do siebie chłopca i dziewczynkę. Rozlega się owacja, oklaski dobiegają także z sąsiednich pomieszczeń. Wygląda to jak finał przedstawienia teatralnego. I w rzeczywistości było to przedstawienie teatralne. Nawet sędziów zaskoczył sukces oratora. Brali pod uwagę możliwość, że pierwszy rząd miejsc dla publiczności zajmują laudiceni, czyli klakierzy, opłaceni, by oklaskiwać mówcę (co zdarzało się dość często), ale nie spodziewali się tak silnej reakcji ogółu ludzi na sali. Przy wydawaniu wyroku będą musieli mieć ją na uwadze. Ta presja psychiczna na pewno wpłynie na sąd. Adwokat doskonale zdaje sobie z tego sprawę – stąd ta fałszywa łza, która spływa mu po policzku, i... skrywany uśmiech satysfakcji.

o autorze
Angela Alberto

Alberto Angela (ur. w 1962 r. w Paryżu) – włoski paleontolog, dziennikarz i popularyzator historii. Po studiach na uniwersytetach w Rzymie i w Stanach Zjednoczonych brał udział w badaniach wykopaliskowych na stanowiskach paleozoologicznych i paleoantropologicznych w Afryce i w Azji, m.in. w wąwozie Olduvai w Tanzanii oraz na pustyni Gobi.

Zaangażował się także – początkowo u boku ojca, którym jest znany dziennikarz Piero Angela – w popularyzację wiedzy z zakresu paleobiologii, prehistorii człowieka oraz historii starożytnej. Zyskał dużą popularność we Włoszech jako autor i komentator programów popularnonaukowych w telewizji RAI, takich jak: La straordinaria storia della vita sulla TerraIl Pianeta dei Dinosauri, Passaggio a Nord Ovest. Niektóre z nich stały się podstawą dla opublikowanych następnie przez Angelę książek.

Opublikowany po raz pierwszy w roku 2007 Jeden dzień w starożytnym Rzymie. Życie powszednie, tajemnice, ciekawostki (Una giornata nell’antica Roma. Vita quotidiana, segreti e curiosità)był już kilkakrotnie wznawiany we Włoszech, został też przetłumaczony na wiele języków europejskich.

Koszyk jest pusty
24,80 zł
Maria Iwaszkiewicz
19,00zł
Jerzy Giedroyc, Czesław
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2017 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij