Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
znajdź książkę
katalog
newsleter
Bonavia
cena
33,00 26,40 kup książkę
Dragan Velikić
Bonavia
Bonavia
przekład: Aleksandra Wielemborek
opracowanie graficzne: Lijklema Design. Karolina i Hans Lijklema
seria: Literatura przekładowa - wydania indywidualne
wydanie I
10 kwietnia 2016
oprawa miękka
format 123x197 mm
str. 328
ISBN 978-83-07-03376-1

Zaczęło się zupełnie niepozornie, tego samego dnia, od nieoczekiwanego dzwonka telefonu. Belgradzki numer, nieznany – zastanawia się kilka chwil, czy powinna odebrać, i w końcu to robi. Strumień słów wypowiadanych miłym głosem. Powoli z jej świadomości wyłania się obraz człowieka, który stał za nią w kolejce w ambasadzie Węgier. Tak, tak, pamięta. Ale skąd ma jej numer? Z formularza, który trzymała w ręku? Zaśmiała się. Gdzie jest teraz? W Budapeszcie. Nie zna nazwy ulicy, ale wie, że jest blisko dworca Keleti. Czy napije się z nim kawy? Gdzie on jest? Też w Budapeszcie. Zastanawia się przez chwilę. Tak, wie, gdzie jest ulica Váci. Jak? Vörösmarty tér. Nie pamięta nazwy. Spojrzała na zegarek. Dobrze, o piątej na placu, koło Gerbeaud. Vörös... jak pan powiedział? Vörösmarty tér.

W drodze do Gerbeaud, w trakcie krótkiej jazdy taksówką – bo zgodnie z przyzwyczajeniem wzięła taksówkę, nie wnikając w objaśnienia i rady na temat trasy prowadzącej do celu, którymi zasypał ją na koniec rozmowy – Marija poczuła podniecenie, jakie wywołuje długo oczekiwane zaproszenie od kogoś, kto jest bardziej niż bliski. Oczywiście, pojawienie się człowieka znanego jedynie z kolejki przed ambasadą było zaledwie kołem ratunkowym rzuconym w wir pewnego okropnego dnia, który należało czym prędzej oddalić od teraźniejszości, zepchnąć w przepaść zapomnienia.

Dostrzegła go, kiedy tylko wysiadła z taksówki i skierowała się w boczną uliczkę, prowadzącą, jak powiedział kierowca, do Gerbeaud.

– Wiedziałem, że tutaj pani wysiądzie, dalej wstęp mają tylko piesi – powiedział, podając jej rękę.

– Ze wszystkich części miasta dojeżdża się do tego miejsca?

– Można też dojść od Dunaju, ale byłem jakoś dziwnie przekonany, że przyjedzie pani od tej strony. Wiedziałem, że weźmie pani taksówkę.

– Skąd pan wiedział?

– Ignorowała pani moje próby wytłumaczenia, jak dojechać metrem.

– W nieznanym mieście? Proszę mnie nie rozśmieszać. Z trudem odnajduję się w Belgradzie.

– Ale miasto najlepiej się poznaje, przemierzając je tramwajem, autobusem, metrem...

– Tłumaczę panu, że nawet Belgradu nie udało mi się dobrze poznać, chociaż żyję tam od urodzenia. Poza tym Budapesztu nawet nie chcę poznawać. A przynajmniej nie tym razem.

– Nie miałem na myśli zwiedzania...

O czym my rozmawiamy, pomyślała. Trzeba było zostać w hotelu. Zaraz go spławię.

Nie tylko jednak go nie spławiła, ale po wypitej w Gerbeaud kawie z trudem doczekała jego propozycji, by pójść na kolację do restauracji Miró w Budzie. Dyskretnie napomknął, że w pobliżu, po drugiej stronie ulicy, jest przystanek autobusu numer 16, który zawiezie ich najkrótszą drogą na główny budapesztański plac. Wspomniał też nazwę placu. Zaśmiała się w myślach. Najkrótsza droga? Czy on zwariował? Rzuciła, że codziennie jeździ szesnastką z Karaburmy, gdzie mieszka, do centrum miasta. I od razu, zdziwiona, zastanowiła się nad wypowiedzianym przez siebie zdaniem. To jej się wcześniej nie zdarzało. Takie tematy zwyczajnie dla niej nie istniały. Pamiętanie linii transportu miejskiego, adresów hoteli, zatrzymywanie się co trzeci krok, wspominanie i udzielanie rad. Co za człowiek! Coś ją jednak w nim pociąga, to pewne. Z godziny na godzinę czuła coraz większą bliskość z tym mężczyzną, który wygłaszając nieistotne na pozór uwagi, budował pewien wyższy poziom, odkrywał związki tam, gdzie były niewidoczne dla przypadkowego obserwatora.

Po drodze do Budy, podczas piętnastominutowej jazdy autobusem numer 16, Marija dowiaduje się, że jej nowy znajomy, Marko Kapetanović, nie ma w gruncie rzeczy żadnego zawodu. Rozpoczęte studia medyczne, przejście na filozofię, magisterium na literaturze powszechnej. To mało ważne fakty. Znacznie ważniejsze jest to, że gdzieś, „dokładnie za tym placem”, znajduje się punkt naprawy maszyn do pisania. Tak, przez pewien czas mieszkał w Budapeszcie. To wszystko. Nie mówi dlaczego, kiedy i z kim. Serwuje za to dziwaczną informację, że jego wujek prowadził punkt naprawy maszyn do pisania przy ulicy 29 Listopada.

– Przynajmniej dwa razy dziennie mijała pani tamto miejsce, to jest tuż obok restauracji Bled.

– Słucham?

– Szesnastka przejeżdża tamtędy.

– A tak, rzeczywiście.

– Dokładnie przed tym punktem jest przystanek autobusowy.

– Interesujące. Czy wujek przyjeżdżał do Budapesztu, żeby przyjrzeć się konkurencji?

– Nie przyjechał ani razu, nie znosił podróży.

W tym momencie ona widzi, jak jego twarz rozciąga się w szerokim uśmiechu.  Wślizguje się w ten uśmiech. Są razem zaledwie od dwóch godzin, a czuje, jakby minęło już wiele dni.

– Może jeszcze coś o wujku?

– Książki można by o nim pisać. Ciocia z wujkiem mnie wychowali. Matka umarła przy porodzie. Ojciec wyjechał do Austrii. Nie widywałem go częściej niż co cztery lata. […]

Autobus powoli zbliżał się do celu ich podróży, pokonując wzniesienia w pobliżu wejścia do Baszty.

– Wysiadamy na następnym, chodźmy do drzwi.

Nalegał, żeby wysiedli przednimi drzwiami – rozpracowanie tej zagadki zostawiła sobie na następny raz. I od razu uśmiechnęła się do siebie. Trudno będzie o następny raz.

 

Na placu koło kościoła gęsty tłum zbiera się wokół chłopca, którego wyrazu twarzy nie sposób odgadnąć. Przed nim, na chodniku, na skrawku zielonego materiału leżą trzy pudełka zapałek. Pochylony, ze znawstwem zamienia je miejscami. Kulka znika pod jednym z pudełek. Obok chłopca stoją jeszcze dwaj jemu podobni. Zdaje się, że o coś się spierają. Ich ofiara, Japończyk, niebawem gubi portfel z dziesięcioma tysiącami forintów. Sytuacja wygląda na łatwą do rozszyfrowania, ale nowa ofiara, następny turysta, decyduje się przystąpić do gry.

– W Belgradzie to już od lat nie przechodzi – komentuje Marko. – Ale tutaj kantują. A w Wiedniu jeszcze bardziej.

– Oni też muszą z czegoś żyć – mówi Marija.

– Z oszustwa?

– Gdyby uliczni naciągacze byli jedynymi, którzy oszukują, to żylibyśmy w raju.

– Nie rozumiem takiego tłumaczenia. Czy wie pani, że w Wiedniu podwoiła się liczba oszustw, odkąd Rumunia i Bułgaria znalazły się w strefie Schengen? Naciągacze są wszędzie. A w metrze kryje się cała armia kieszonkowców.

– Bardzo mi ich żal – mówi Marija, uśmiechając się.

– Pani jest lewaczką?

– Raczej logiczką. Wszystko sprowadza się do zwykłej wymiany kapitału. Kto komu zagląda do domu? Czy widział pan kiedyś ludzi wyrzuconych z pociągu przez jakiegoś idiotę w mundurze, który ma ochotę na nadużywanie władzy?

– Mnie to pani mówi? Podróżuję tymi trasami od ponad dziesięciu lat i dobrze wiem, o czym pani myśli.

– Czemu więc tak troszczy się pan o tych żyjących wewnątrz Schengen? Niech przynajmniej spłacają długi. Grzech się dziedziczy. Nie można go ot tak wymazać.

– Jakieś zasady muszą istnieć.

– Problem właśnie polega na tym, że istnieją jedynie jakieś zasady. Skoro istnieją tylko „jakieś zasady”, to nic dziwnego, że mamy naciągaczy i kieszonkowców, całą menażerię stanowiącą o tej przestrzeni, którą pan tak dobrze zna. A co pan właściwie robi w tej przestrzeni?

– Piszę książkę o wędrówkach po Europie Wschodniej.

– Jaki to gatunek?

– Praktyczne rady, jak uniknąć nieprzyjemności.

– Żartuje pan?

– Ani trochę.

– Pan naprawdę myśli, że nieprzyjemności można uniknąć? Jakich nieprzyjemności? Drobnej kradzieży?

– Wiedziała pani, że na węgierskich i ukraińskich drogach urzędują fałszywi policjanci? W Budapeszcie przed hotelem zatrzymują obcokrajowców, podają się za kogoś, kim nie są, legitymują ich i...

– Jasne, słyszałam tę historię sto razy. Ale co z tego? Zapobiegnie pan udawaniu kogoś innego? Nie wierzę.

– Skoro w każdym zagranicznym przewodniku jest lista porad i ostrzeżeń...

– Jak uniknąć osób, które podają się za kogoś innego?

– Co w tym złego?

– Nie złego, ale bezsensownego. I co, zaczął pan od nich, od tych drobnych oszustów, których działalność jest skutkiem kłamstw na znacznie wyższym poziomie.

– Wiedziałem, że pani jest lewaczką.

– A jak pan sobie wyobraża stworzenie świata bez nieprzyjemności? Nie chciałabym żyć w takim uporządkowanym świecie.

– Przesadza pani. Może wrócimy na plac?

– Po co?

– Żeby i pani mogła spróbować zgadnąć, gdzie jest kulka.

– Słuchaj, kolego – powiedziała, zatrzymując się na chwilę, by sprawdzić, jaką reakcję wywoła przejście na ty. Marko zaśmiał się i złapał ją za rękę. – Dobrze wiem, że ta kulka to oszustwo. Ale wszędzie dookoła nas są takie kulki. Kiedy pójdziesz do banku, żeby otworzyć rachunek, kiedy obiecują ci zyski z ubezpieczenia, kiedy idziesz głosować – cóż to innego, jeśli nie kulki ukryte w rękawie? Nie jestem przeciwna porządkowi, ale nie znoszę hipokryzji. Wyczyścimy ulice z kieszonkowców, żeby kontynuować zabawę z kulką na wyższym szczeblu. Z powodu kulki ty i ja sterczymy przed ambasadami. Ta cholerna wiza jest kulką, którą próbujemy złowić.

– Ty byś zlikwidowała kulkę?

– Na początek przestałabym się okłamywać, że ona występuje tylko na ulicy. Ta kulka jest zaledwie ostatnia w szeregu. Kiedy nie będzie jej w administracji, w międzynarodowych porozumieniach, w polityce wyższego szczebla, nie będzie jej też na ulicy.

– Wierzę, że masz rację, tyle że trzeba zaczekać na to parę tysięcy lat. Możemy ten czas spędzić na jedzeniu kolacji.

– Miró – zauważa Marija, zobaczywszy na rogu lokal z szerokim, zadaszonym ogródkiem. – Wspaniałe miejsce. Rzeczywiście dobrze znasz to miasto.

Usiedli przy samym oknie, ale szyba była podniesiona, więc praktycznie znajdowali się na placu.

– Jak długo zostajesz w Budapeszcie? – pyta Marko.

– Jutro wracam.

– Szkoda. Mógłbym ci pokazać miasto.

– Nie przyjechałam jako turystka. Odprowadzałam przyjaciółkę na poranny lot do Ameryki.

– Cóż to za przyjaciółka, której trzeba towarzyszyć aż do Budapesztu?

– Chodzi raczej o rodzaj rozstania.

– To znaczy?

– Znaczy... – Broda Marii zadrżała ledwo zauważalnie, dziewczyna czeka więc moment, żeby odzyskać równowagę. – Znaczy, że to jedna z tych, którzy odchodzą na zawsze. Oprócz moralnego wsparcia potrzebowała też pomocy przy walizkach. A i ja może wykorzystałam przy tym okazję, żeby ruszyć się z państwa-więzienia. A ty? Jak to jest z tobą?

– Ja towarzyszę sam sobie.

Marija zaśmiała się.

– Prawidłowo, towarzyszyć sobie.

Zamówili butelkę białego wina i lazanię.

– Opowiedz mi teraz, jak wygląda takie towarzyszenie.

– Musisz sama ze sobą bawić się kulką, dopóki ci się nie znudzi. I zawsze udaje ci się odgadnąć.

– Pytam poważnie.

– Poważnie odpowiadam.

– Dobrze, Marko...

Jego imię, wypowiedziane przez nią nosowym głosem, na chwilę zakołysało całą scenerią. Uderzenie bliskości. Antyczny chór zapowiada to, co się wydarzy. Co to może być? Bo opowieść istnieje, niezapisana, ale istnieje. W niewartych zaufania horoskopach, których jest tak wiele i które tak się różnią. Ale na ten tydzień są jednogłośne: Miłość – w czwartek znajomość, która może przerodzić się w związek.

Pojawia się dopiero pewna zapowiedź. Tego, co jutro, za miesiąc. Za rok. Do końca świata i czasu. Chwila słodkiego niepokoju przed nieznanym. Powoli opuszczają się wiszące mosty, otwierają się bramy. Z bocznych ulic wyłaniają się nieznane fizjonomie, bohaterowie jakiejś przeszłości, która równie dobrze może być też przeszłością Marka, z osadem z długów i sekretnych inwestycji, z namiętnościami i rozkoszami, obietnicami i zdradami. Potężny rewizor zwany Czasem wszystko to uzna za nieistniejące, zniweluje i wyretuszuje, wrzuci kulkę pod pudełko czyjegoś przyszłego, wspólnego życia. A oni, w ogródku restauracji Miró, wciąż jeszcze kołyszą się jak statki w przystaniach, w zatoce przyzwyczajeń i względów, na pozycjach jedynie pozornie nieruchomych. Nocą, nie wiadomo kiedy i dlaczego, dojdzie do nagłego powstania antycyklonu, temperatura zacznie rosnąć, zapowiadając stabilny i piękny okres. A wtedy wszystko będzie możliwe, także zmiana przystani.

– Słuchasz mnie? Dokąd odpłynąłeś?

– Towarzyszę sobie – mówi, uśmiechając się.

o autorze
Velikić Dragan

Dragan Velikić (ur. 1953 w Belgradzie) – serbski powieściopisarz, dziennikarz i eseista. W latach 1994–1999 był redaktorem belgradzkiego radia B92. Potem przez kilka lat mieszkał za granicą, m.in. w Budapeszcie, Wiedniu, Monachium i Bremie. Jego artykuły ukazywały się w prasie serbskiej („Vreme”, „Danas”, „Reporter”) oraz niemieckiej („Frankfurter  Allgemeine Zeitung”, „Die Zeit”).

Od czerwca 2005 do listopada 2009 r. pełnił funkcję ambasadora w Wiedniu (najpierw z ramienia Republiki Serbii i Czarnogóry, a od 2006 r.  Republiki Serbii).

W Polsce opublikowano dotychczas dwie jego powieści: Casus Brema (w 2005 r.) i Lufcik (w 2013 r.). Bonavia, mająca już dwa wydania serbskie (w 2012 i 2014 r.), ukazała się także w przekładach m.in. w Niemczech, Chorwacji, Słowenii i na Węgrzech.

Koszyk jest pusty
23,80
Wiktor Jerofiejew
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2019 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL