Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
znajdź książkę
katalog
newsleter
Pieśń koguta
cena
23,00 16,10 kup książkę
Viktor Fischl
Pieśń koguta
Kuropění
przekład: Krzysztof Rejmer
opracowanie graficzne: Wiesław Rosocha
seria: Literatura przekładowa - wydania indywidualne
wydanie I
I kwartał 2016
oprawa miękka
format 123x197 mm
str. 162
ISBN 978-83-07- 03375-4

Rozdział XII

     W nocy spadł śnieg. Chwycił mróz. Poranna pieśń Pedra brzmiała tak, jak gdyby drżała z zimna. Nie dostrzegłem go, kiedy spojrzałem w okno, na którym mróz namalował swoje wzory złocieni i pawich ogonów. Jakimże rysownikiem, jakimże artystą jest mróz. Jaka energia, jaka dokładność, jaka pewność w każdym pociągnięciu jego ołówka.

     Długo i z podziwem oglądałem płomienie, skrzypy, kaskady i kwiaty bajkowej urody, aż Pedro, jak gdyby zirytowany tym, że się do niego nie odzywam, zaśpiewał po raz drugi. Wtedy wstałem, podszedłem do okna, chuchnąłem w szybę i zmazałem rożek obrazu.

     Pedro stał na swoim miejscu na zaśnieżonym płocie, nastroszony, z jedną nogą schowaną w rozczochranych piórach, ale nie witał mnie tak jak zwykle, tylko uparcie milczał, wpatrując się w jedno miejsce.

     Ogrodowy trawnik pomiędzy nami przykrywała miękka pierzyna śniegu. W miejscu, na które obaj patrzyliśmy, widzieliśmy wzór śladów Pedra, od których żaden z nas nie mógł oderwać oczu.

     Naraz Pedro zamachał skrzydłami, sfrunął, a po trzech krokach w śniegu powrócił na płot.

     Zastygłem w zdumieniu. Właśnie tam, gdzie pozostawił trzy ślady skierowane w odwrotną stronę niż te, na które patrzyliśmy dotąd, właśnie tam i nigdzie indziej czegoś przedtem brakowało. Dopiero teraz wszystko było w doskonałej równowadze. Było w tym tyle oszołamiającego piękna, że nie mogłem się powstrzymać, otworzyłem okno i radośnie zawołałem:

     – Brawo, Pedro. Od dziś mianuję cię nadwornym malarzem.

     A Pedro, oczywiście uradowany moją pochwałą, znów zamachał skrzydłami, ale tym razem nie sfrunął na ziemię, aby nie zniszczyć swojego dzieła.

     Mróz wtargnął do izby i musiałem szybko zamknąć okno. Pozostałem jednak przy nim, jak mógłbym odejść, jeszcze długo staliśmy naprzeciw siebie, patrząc na wprost, na piękno obrazu na białym płótnie zaśnieżonego trawnika przed domem.

     Nie wiem, kiedy zawstydziłem się i poszedłem nadrobić chleba i nasypać Pedrowi ziarna, ponieważ poetę też trzeba nakarmić. Tym razem jednak jadł na progu, a nie jak zwykle na parapecie okna. Piękno rozpościerające się przed nami należało zachować jak najdłużej.

Rozdział XIII

     Kiedy jest ciepły, letni wieczór, siadamy przed domem. Pedro stoi przy mnie na oparciu ławki i razem patrzymy na kobaltową łąkę niebios, wystrojoną kaczeńcami gwiazd.

     – Wielki Wóz. Widzisz? – pokazuję mu. – A tam myśliwy Orion z błyszczącym sztyletem za pasem. I Kasjopeja z otwartymi ramionami.

     – Są bliższe ramiona – gasi mój entuzjazm Pedro. – Gdybyś tylko chciał.

     Nawet nie uciekam spod ostrzału. Rozmawialiśmy o tym tyle razy, że wie, iż cały mój gniew już się wypalił. Nie odpowiadam i razem patrzymy w dal na nocny nieboskłon rozjaśniony światłem księżyca w pełni.

     Przeciągły dźwięk trąbki z drugiego końca wsi chwilami dobiega i do nas. To Pavel rozmawia ze swoją trąbką, tak jak ja z Pedrem. Także jest sam, wdowiec jak ja, tyle że młodszy, a matki z córkami na wydaniu wciąż czynią mu wymówki. Tu i tam zadźwięczą jak wiosenny deszczyk śmiechy młodych stojących przed gospodą. Czasem zawyje pies, a wtedy inne z całej wsi przyłączają się do niego.

     Gdy ucichną, odezwą się powolne, ciężkie kroki ponocnego Tusara. Obchodzi wieś, a po każdych stu krokach dmie w róg zawieszony na ramieniu i przeciągle śpiewa chropawym głosem:

Wybiła jedenasta godzina,

chwalcie ludzie Hospodyna...

     Gdy przejdzie, cała wieś ucichnie. Gdyby spadła jedna z tysięcy gwiazd, można by usłyszeć jej lot. I moja fajka zgasła, już jej nie nabiję. Pedro stoi obok mnie niczym rzeźba. Jak gdyby w oczekiwaniu zatrzymał oddech.

     I wtedy nagle się pojawia. Nikt nie wie, jak się tam znalazł, ale na dachu domu naprzeciw rysują się jasne kontury białej postaci oblanej zorzą księżycowej pełni. Nawet podczas najjaśniejszych nocy nie można rozpoznać twarzy człowieka na dachu, ale wszyscy wiedzą, że to Marko, wychudły, anemiczny cieśla z obwisłymi wąsami po obu stronach wiecznie otwartych, zsiniałych ust, wyszedł na schadzkę z księżycem. Po cichu otwierają się okna okolicznych domów i sąsiedzi wychylają się, aby nie uronić najdrobniejszego ruchu Marka. Wszyscy znają już przedstawienie, które ich czeka nie pierwszy raz, ponieważ regularnie powtarza się w noc pełni w każdym z ciepłych miesięcy, wszyscy jednak patrzą i wyczekują z zapartym tchem na to, co zaraz się zdarzy, zupełnie tak samo jak wtedy, kiedy ujrzeli Marka po raz pierwszy.  

A Marko stoi długo w bezruchu, z twarzą zwróconą do góry tak, jak gdyby nastawił twarz do pocałunku chłodnemu światłu księżyca. Potem powoli wyciąga ręce przed siebie, chwilę znów stoi, kołysze się, zda się, że już, już spadnie, ale jego krok nabiera pewności, a on jak linoskoczek idzie po dachu z jednego końca na drugi.

Znów tężeje w nas krew, znów już, już widzimy, jak robi krok w pustkę, w głęboką ciemność, ale on obraca się z rękoma stale wyciągniętymi przed siebie i z tą samą pewnością powraca do komina, mija go i idzie dalej aż do miejsca, z którego wyszedł, a potem znów, jakby na pożegnanie, nadstawia twarz do księżyca, by zniknąć w ten sam sposób, w jaki się pojawił.      Sąsiedzi zamykają okna. Koniec przedstawienia. Z ulgą powracają do swych łóżek. Tylko Pedro i ja zostajemy jeszcze na ławce przed domem. Pedro macha skrzydłami tak, jak gdyby odganiał od siebie zły sen. A ja myślę jak zawsze, że tak jak lunatyk Marko, tak i my wszyscy nagle zjawiamy się, ani wiemy skąd; chwiejemy się nawet wtedy, gdy nasze kroki wydają się pewne, przechodzimy i wracamy tam, skąd przyszliśmy. Tylko że zanim powrócimy, trzeba jeszcze raz się obrócić i z wdzięcznością nadstawić twarz do światła, tak jak Marko.

o autorze
Fischl Viktor

polecamy
Koszyk jest pusty
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2018 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL