znajdź książkę
katalog
newsleter
Korekta
33,00 zł
cena
26,40 zł
w promocji
Kup książkę
Thomas Bernhard
Korekta
Korrektur
przekład: Marek Kędzierski
opracowanie graficzne: Anna Pol
seria: Literatura przekładowa - wydania indywidualne
wydanie III
2015
oprawa miękka
format 123x196 mm
str. 344
ISBN 978-83-07-03372-3

Szwajcar i jego partnerka życiowa pojawili się u handlarza nieruchomości Moritza akurat gdy ja, przyszedłszy do Moritzowego domu, próbowałem mu po raz pierwszy nie tylko zarysować i ostatecznie naukowo objaśnić symptomy swojej choroby ducha i serca, ale i z nagła radykalnie i bezwzględnie wywrócić przed Moritzem, w tym momencie chyba rzeczywiście najbliższym mi człowiekiem, podszewkę mojej nie tyle nadszarpniętej, co całkowicie już wykolejonej przez chorobę egzystencji, znanej mu do tej pory tylko z niezbyt irytującej przecież, a więc bynajmniej nienękającej go niepokojem powierzchni, i już samą raptowną brutalnością tego eksperymentu zapewne go przestraszyłem i przeraziłem, a że tego popołudnia w jednej chwili bez reszty odkryłem i wyjawiłem wszystko, co przez całą dekadę znajomości i przyjaźni przed Moritzem ukrywałem, ba, wręcz stopniowo z matematyczną pedanterią zatajałem, oraz ustawicznie a bezlitośnie wobec siebie samego przed nim zasłaniałem, nie pozwalając mu na najmniejszy nawet wgląd w moją egzystencję, był do głębi przerażony, ale nie pozwoliłem, by to jego przerażenie choćby w najmniejszym stopniu zakłóciło mechanizm samoobnażenia, uruchomiony tego popołudnia gwałtownie i siłą rzeczy również pod wpływem pogody, i krok po kroku, jakbym nie miał innego wyboru, odkrywałem przed Moritzem, na którego tego popołudnia wyskoczyłem zupełnie niespodziewanie z psychicznej zasadzki, wszystko, co mnie dotyczyło, odkrywałem wszystko, co było do odkrycia, wyjawiałem wszystko, co było do wyjawienia; podczas tego całego zajścia zająłem jak zwykle miejsce w kącie naprzeciw dwóch okien obok drzwi wejściowych do Moritzowego gabinetu, nazywanego przeze mnie skoroszyciarnią, tymczasem Moritz, a był już przecież koniec października, siedział naprzeciw mnie w mysioszarej lodenowej marynarce, o tej porze prawdopodobnie już w stanie upojenia alkoholowego, czego w zapadającej ciemności nie mogłem dokładnie stwierdzić; przez cały czas nie spuszczałem go z oka, jakbym tego popołudnia, nie odwiedziwszy przez wiele tygodni domu Moritza i w ogóle spędziwszy wiele tygodni sam na sam ze sobą, to znaczy o wiele za długo, destrukcyjnie dla moich nerwów, zdany na własny umysł i własne ciało, w najwyższym stopniu skoncentrowany na wszystkim, zdecydowany na wszystko, co niosło ocalenie, nareszcie wydostał się z wilgotnego, zimnego i ponurego domu, przebiegł gęsty i głuchy las i dopadł Moritza jak niosącą ocalenie ofi arę, aby go, jak postanowiłem po drodze do jego domu, dopóty zasypywać rewelacjami na swój temat, a więc i naprawdę niestosownymi impertynencjami, dopóki nie zaznam znaczącej ulgi, toteż
ile się dało, odkrywałem i wyjawiałem swoją skrywaną przed nim przez lata egzystencję. Gdy te moje chyba rzeczywiście kompletnie niestosowne, aczkolwiek rozpaczliwe próby psychicznego i fizycznego odprężenia sięgnęły himalajów, nagle w Moritzowym domu dały się słyszeć kroki, mnie zupełnie nieznane, przeciwnie niż oczywiście wyszkolonemu w rozpoznawaniu kroków Moritzowi, kroki, które on najwidoczniej w jednej chwili zdołał zidentyfi kować, co natychmiast rozpoznałem po jego reakcji na te nagłe kroki w sieni, bo w ogóle to najbardziej niezwykły był słuch Moritza, który siłą rzeczy najbardziej sprzyjał jego interesom, i Moritz, do tychże kroków w sieni całkowicie spokojny i milczący, o ile nie wręcz już wyczekujący, jak nagle pomyślałem, gdy tak siedział naprzeciw mnie z nogą założoną na nogę, raptem zerwał się z fotela do drzwi, by nasłuchiwać, co mogło oznaczać nie tylko interesantów, ale faktycznie kupców nieruchomości, i powiedział, jakby nie do mnie, tylko do siebie, Szwajcarzy, po czym wszystko nagle w Moritzowym domu ucichło; zaraz potem Szwajcarzy weszli do pokoju, pierwsi od miesięcy ludzie, nie licząc Moritza, z którymi wdałem się w rozmowę, a wraz z nimi w ścisłym tego słowa znaczeniu nadeszła wyczekiwana i najusilniej wytęskniona, nawet jeśli tego popołudnia faktycznie za wszelką cenę wymuszona i przygotowana przez moje niepohamowane rewelacje, i z tymi rewelacjami siłą rzeczy związane nieuniknione poniżenia i bezwstydne samooskarżenia wobec Moritza, ulga emocjonalna i psychiczna. Już podczas tego pierwszego spotkania ze Szwajcarem i jego partnerką życiową, która naturalnie nie była Szwajcarką, raczej Żydówką czy Ormianką, jak pomyślałem, w żadnym razie Europejką, umówiłem się z nią w obecności Szwajcara, który, jak się od razu domyśliłem, nie miał czasu na spacery, na spacer do lasu modrzewiowego, i nie wiem już dziś, ile spacerów z nią odbyłem, ale na spacery chodziłem z nią codziennie, a często nawet kilka razy dziennie, w każdym razie chodziłem z nią w tym czasie na spacery częściej i wytrwalej niż z jakimkolwiek innym człowiekiem, tak jak nigdy z nikim innym intensywniej i z większym zaangażowaniem umysłu nie mogłem poruszać wszelkich możliwych tematów, a co za tym idzie nie mogłem też intensywniej i z większym zaangażowaniem umysłu o najrozmaitszych sprawach myśleć, i nikt inny nie pozwolił mi tak głęboko wejrzeć w siebie ani ja nie pozwoliłem nikomu we mnie tak głęboko i tak bezwzględnie wejrzeć, jeszcze bezwzględniej i głębiej. A że Szwajcar niemal bezustannie jeździł po okolicznych miasteczkach w poszukiwaniu okuć drzwiowych i okiennych, rygli i kratek, śrubek i gwoździ oraz materiałów izolacyjnych i lakieru okrętowego do zaprojektowanego przez siebie i powstającego już, jak się dowiedziałem od niego samego podczas tego pierwszego spotkania, betonowego domu za cmentarzem, w związku z czym prawie nigdy nie można go było zastać w gospodzie (kwaterze Szwajcarów na czas budowy), ja sam nagle, a prawdopodobnie na pewno w ocalającym życiowo momencie, wyrwany przez tych dwoje z deprymującego, ba, na dobrą sprawę zagrażającego już egzystencji przygnębienia, znalazłem nagle w partnerce życiowej Szwajcara, jak się wkrótce okazało, Persjance pochodzącej z Szirazu, istotę regenerującą mnie na wskroś, a zatem na wskroś regenerującego partnera w chodzeniu, myśleniu, a zatem partnera do rozmów i filozofowania, jakiego nie miałem już od lat i jakiego najmniej spodziewałem się znaleźć w kobiecie. O ile w obecności Szwajcara, z którym spędziła już najwidoczniej kilkadziesiąt lat, Persjanka niemal cały czas milczała i poniekąd z powodu trwającego wiele, jeśli nie wiele dziesiątek lat przyzwyczajenia, była nawet nie małomówna, jak to często bywa w takim związku, lecz niemalże całkowicie niema, pomijając już, że pamiętam ją tylko w czarnym, znoszonym przez dziesiątki lat kożuchu, z zawsze postawionym kołnierzem, od chwili spotkania jej miałem wrażenie, że podobnie jak wiele kobiet w jej sytuacji i wieku, żyje ona w ustawicznym lęku przed przeziębieniem albo przed przemarznięciem i nie mogłaby się już obejść bez tego płaszcza, bez tego kożucha, który okrywał ją i chronił z jednej strony aż po kostki, a z drugiej po czubek głowy, i nie wspominając już, że gdy w obecności Szwajcara zabierała głos, to tylko po to, by mu zaprzeczyć, to pod jego nieobecność rozwinęła ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu potrzebę mówienia, którą można było wytłumaczyć chyba tylko właśnie tą upartą małomównością przy partnerze życiowym, jak i w ogóle utrzymującym się już prawdopodobnie od dłuższego czasu w stosunku do niego oporem. Była to nie tyle rozmowność, ile potrzeba mówienia, którą niejednokrotnie u kobiet związanych przez dziesiątki lat z takimi partnerami życiowymi jak Szwajcar można zaobserwować pod nieobecność tychże partnerów. I wtedy mówiła. Język niemiecki był dla niej obcym językiem, ile opanowała go podobnie jak angielski, francuski i grecki w sposób sprawiający przyjemność i nigdy naprawdę niewywołujący irytacji, i właśnie dzięki temu, że był to niemiecki cudzoziemki, do tego cudzoziemki zadomowionej wszędzie i nigdzie na świecie, urodzonej w Persji, wychowanej w Moskwie, która we Francji studiowała na uniwersytecie, i ostatecznie ze swoim niegdysiejszym kochankiem, a obecnym partnerem życiowym, będącym, jak sama powiedziała, wysoko kwalifikowanym inżynierem i światowej sławy budowniczym elektrowni, zjeździła cały świat, nie tylko zregenerował mi się słuch i odrodziła dyspozycja umysłu wrażliwego na tego typu egzotyczne melodie języka, ale ze względu na swój szczególny sposób mówienia i myślenia, w którym, logicznie, mówienie brało się z myślenia, a myślenie z mówienia, jakby całość była matematycznym, fi lozofi czno-matematycznym, a w konsekwencji filozoficzno-matematyczno-muzycznym procesem, Persjanka korygowała, regulowała, interpunktowała
i kontrapunktowała moje własne myślenie i mówienie. Miesiące temu odwykłem od rozmawiania z ludźmi w sposób odpowiedni do moich uwarunkowań umysłowych, na dłuższą metę przygnębiało mnie obcowanie tylko z tubylcami, a ostatecznie i kontakt z samym tylko Moritzem, który choć niewykształcony, bez wątpienia potrafi ł operować ponadprzeciętnie wysoką ak na swoje warunki inteligencją, dawno temu już straciłem nadzieję na spotkanie człowieka, z którym mógłbym prowadzić nieskrępowaną konwersację i przy którym mógłbym podciągnąć swoje umiejętności konwersacyjne, a więc także intelektualne, z biegiem lat, wiodąc samotniczą egzystencję w swoim domu, skoncentrowany wyłącznie na pracy, na ukończeniu studium z zakresu nauk ścisłych (o antyciałach), utraciłem niemalże całkowicie kontakt z tymi, którzy niegdyś umożliwiali mi konfrontację, to jest konfrontację umysłową, w rozmowach i dyskusjach, coraz bardziej i jak sobie nagle uświadomiłem, nader niebezpiecznie odseparowałem się i oddaliłem od wszystkich tych ludzi, wnikając coraz bardziej rygorystycznie w przyrodoznawcze dzieło, i od pewnego momentu w ogóle już nie miałem siły podejmować tych wszystkich niezbędnych dla umysłu kontaktów, pojąłem wprawdzie nagle, że bez tych kontaktów nie zajdę zbyt daleko, że bez tych kontaktów prawdopodobnie w przewidywalnym czasie w ogóle nie będę mógł myśleć, a wkrótce nawet egzystować, ale brakowało mi sił, by powstrzymać z inicjatywy własnego umysłu to, co jak przeczuwałem, i tak już nadciągało, atrofię myśli wywołaną umyślnym separowaniem się od wszelkich intelektualnych kontaktów, a ostatecznie całkowita rezygnacja z jakichkolwiek kontaktów wykraczających poza te najniezbędniejsze, tak zwane lokalne, dotyczące po prostu najpilniejszych potrzeb egzystencjalnych w domu i jego bezpośrednim otoczeniu, a z korespondencji zrezygnowałem już wiele lat temu, całkowicie realizując się w naukach ścisłych, przegapiłem moment, gdy podjęcie porzuconych kontaktów, korespondencji, było jeszcze możliwe, wszelkie próby w tym kierunku spełzały na niczym, bo w gruncie rzeczy brakowało mi już całkowicie jeśli nie siły, to prawdopodobnie woli, i choć faktycznie jasno pojmowałem, że droga, którą obrałem i którą szedłem od wielu już lat, nie była drogą właściwą i mogła prowadzić tylko do całkowitej izolacji, izolacji nie samego umysłu, a zatem myśli, lecz faktycznie całego mojego jestestwa, całej egzystencji rzeczywiście przestraszonej już tą izolacją, to nie zrobiłem nic, by temu przeciwdziałać, dalej tą drogą podążałem, chociaż niejednokrotnie przerażała mnie ta droga, napawała nieustannym strachem, ale nie umiałbym już z niej zawrócić; katastrofę przewidywałem od dawna, ale nie potrafi łem jej zapobiec, i faktycznie nastąpiła ona o wiele wcześniej, zanim ją jeszcze rozpoznałem. Konieczność odizolowania się dla dobra nauki jest z jednej strony najważniejsza dla człowieka intelektu, z drugiej jednak strony największym niebezpieczeństwem jest to, że owa izolacja będzie zbyt radykalna i ostatecznie, wbrew oczekiwaniom, nie wpłynie pobudzająco, lecz hamująco, o ile nie wręcz unicestwiająco na pracę intelektu, i od pewnego momentu moje zamknięcie się na otoczenie dla dobra studium z zakresu nauk ścisłych (o antyciałach) wpływało na to właśnie studium z zakresu nauk ścisłych unicestwiająco. Do takiego wniosku dochodzi się zawsze zbyt późno, co do czego mój umysł upewnił się w sposób najdotkliwszy, i pozostaje tylko, jeśli w ogóle, beznadzieja, mianowicie proste przekonanie, że tego zaistniałego już stanu, pustoszącego umysł, uczucia, a koniec końców ciało,nie można już zmienić, i to w żaden sposób.

inne książki tego autora
Koszyk jest pusty
13,30 zł
Jerzy Giedroyc, Czesław
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2017 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij