Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
znajdź książkę
katalog
newsleter
Ziemia, której już nie zobaczysz. Wspomnienia kresowe
cena
43,00 30,10 kup książkę
Andrzej Rostworowski
Ziemia, której już nie zobaczysz. Wspomnienia kresowe
seria: Literatura polska - wydania indywidualne
wydanie II rozszerzone
2015
oprawa twarda
format 145x205 mm
str. 512 + wkładka ilustrowana 16 str
ISBN 978-83-07-03365-5

Pomimo sześcioletniej przerwy wojennej w majątku panował wzorowy porządek. Każdy folwark, każdy obiekt leśny posiadał plany sporządzone przez mierniczego przysięgłego, co najmniej w trzech egzemplarzach – podmalowane akwarelą, podklejone na płótnie, z podziałem na pola, a lasu na kwartały. Pozostałe z pożaru listy i dokumenty były systematycznie ułożone w teczkach z opisem zawartości na wierzchu. W kilku kufrach w Wilnie leżały teczki z byłych spraw sądowych, spraw granicznych, regulacji serwitutów, zamiany gruntów – i gdy kilka razy chłopi próbowali wytoczyć powództwa i udowodnić z pomocą świadków, że kiedyś korzystali z danych gruntów, to w kufrach były dowody sądowe na wszystkie zmiany i zamiany. Gdy w sądzie odczytano chłopom odnośne dokumenta, popatrzyli skonfundowani na siebie, a potem wcale nie speszeni oświadczyli: – A my dumali, szto czasu wojnu dokumienty propali! – Była to raczej próba sportowo-ambicyjna: a nuż się uda!

Służba dworska, prawie bez wyjątku katolicka, uważała się za Polaków, służba folwarczna natomiast rekrutowała się z okolicznych wiosek i co najmniej w połowie była prawosławna – tak jak i okoliczne wioski. Trudno było ustalić, dlaczego jedna wioska chodziła do kościoła, a druga do cerkwi. Przylegające z jednej strony do Skobejek Wyrwańce i Tomaszowice były w stu procentach katolickie, leżące z drugiej strony Zabrojowce i Burcicze były prawosławne, ale leżące tuż obok Ogrodniki znowu katolickie. Powtarzające się przy każdym niemal większym majątku nazwy typu: Ogrodniki, Bojary świadczyłyby o jakichś powiązaniach służebnych, jak „bojar putiewoj” (wysyłany w drogę). Nazwiska we wsiach też nic nie mówiły, bo pół Bojar Dzikuskich nosiło nazwisko Minejkowski, a Dzikuszki obejmował tylko pan Mineyko. Dopiero rozrzucone zaścianki szlacheckie, zewnętrznie niczym się prawie od innych osiedli nieróżniące, stanowiły odrębne ośrodki etniczne. Stankiewicze, Rouby, Szemietowszczyzna, zamieszkane przez całe falangi Stankiewiczów, Roubów, Szadurów, Szemiotów, zarówno były katolickie, jak i w domu mówiono tam po polsku, gdy tymczasem w katolickich wsiach na co dzień używano języka białoruskiego. Litewskiego natomiast nie usłyszał w tych stronach nikt – na to, by go usłyszeć, trzeba było pojechać na lewy brzeg Niemna, od Grodna w dół rzeki, albo w okolice Dukszt czy Święcian. Zwrot „Litwo, Ojczyzno moja” stanowił największy dziwoląg, bo choć historycznie była to bezspornie Litwa, sięgająca przecież do Bugu, to nie uświadczył tu nikt rdzennego Litwina, a tylko mieszkańca czującego i myślącego po polsku. Im bliżej Nowogródka i Wilna, tym zjawisko to silniej występowało, by tracić na sile dopiero w okolicach Mińska, Połocka czy Pińska. […]

Nasze najbliższe sąsiedztwa połączone były telefonami, z czasem prawie wszędzie pojawiły się samochody, drogi były doskonałe, tak że okrągły rok mogły być samochody w użyciu. Powodowało to duże zżycie się przez wspólne rajdy, rauty, polowania, tenisy, kąpiele. Do całości obrazu tamtejszych stosunków dodać należy, że województwo umieszczono co prawda w historycznym Nowogródku, gdzie jednak prócz historii było tylko kilkanaście domków – tak podobnych sobie całkiem, jak dwa wałki z trzecim wałkiem – i gdy województwo zajęło mury poklasztorne, to nic się już więcej, prócz starostwa, zmieścić nie dało. Więc sąd okręgowy, hipoteka, kuratorium szkolne, z czasem Izba Rolnicza, Związek Mleczarski były w Wilnie, Urząd Ziemski w Grodnie, Izba Skarbowa w Brześciu nad Bugiem, oddział PZUW w Słonimie, Towarzystwo Rolnicze w Baranowiczach, a Dyrekcja Lasów Państwowych w Białowieży. Gdy poczciwy obywatel miał do załatwienia sprawy leśno-parcelacyjne, do których potrzeba było z pół kopy zaświadczeń, to jak wyjechał w poniedziałek – dobrze, jeżeli wrócił w sobotę, bo nieraz o następny tydzień zawadził. Trzeba przyznać, że po latach, a więc na kilka lat przed drugą wojną, część władz wojewódzkich ściągnięto już do Nowogródka, ale jeszcze nie wszystkie. Jeżeli się zważy, że Nowogródek leżał o dwadzieścia cztery kilometry od linii kolejowej, gdzie dwa razy dziennie dojeżdżała kolejka wąskotorowa, a z czasem autobus od stacji Nowojelnia, to nic dziwnego, że zjawiły się tu liczne samochody prywatne.

Jakoś bardzo szybko zostałem wciągnięty w tryby pracy społecznej. Zostałem członkiem sejmiku lidzkiego od gminy Lebioda, a w sejmiku – przewodniczącym komisji rewizyjnej. Zostałem też członkiem zarządu Towarzystwa Rolniczego w Lidzie, gdzie prezesem był sędzia pan Przybytko. Należałem również do komisji podatkowej przy Urzędzie Skarbowym w Lidzie. Zostałem delegatem do Wojewódzkiego Towarzystwa Rolniczego w Baranowiczach, którego prezesem był Konstanty Rdułtowski. Jeszcze byłem też chyba w radzie nadzorczej Syndykatu Rolniczego, w zarządzie lidzkiego Towarzystwa Łowieckiego i Lidzkiego Związku Ziemian, a także byłem radnym gminnym w Lebiodzie. Godności przybywało niemal za każdym wyjazdem. A tych było multum, toteż książę Czetwertyński, prezes Związku Ziemian, Syndykatu oraz z czasem Towarzystwa Rolniczego, Staś Wańkowicz i ja, zmuszeni często gęsto do nocowania w Lidzie, wynajęliśmy tam wspólnie pokój na cztery łóżka u państwa Olgierdostwa Zanów. Czwartym towarzyszem był Józef Sławiński,  administrator z Żołudka, najczęściej towarzyszący księciu w jego wyjazdach.

Olgierd Zan, wnuk słynnego Zana, żonaty z panią Jadwigą z Moraczewskich (po wojnie dyrektorką żeńskiego liceum na Saskiej Kępie), był dyrektorem Syndykatu. Należał do najbardziej wesołych i dowcipnych ludzi tych czasów. Pani Jadwiga była czarującą gospodynią, członkiem zarządu Towarzystwa Rolniczego i kimś tam w Kole Gospodyń Wiejskich, gdzie prezesowała księżna Róża. Do nieodzownych atrybutów noclegu należała wieczorna partyjka brydża, przy czym dość prędko się okazało, że jestem niepoślednim graczem. W rzeczywistości grałem zawsze wesoło i śmiało, nie przywiązując większej wagi do wygranej, która jednak przychodziła sama, i długie lata słynąłem jako mistrz brydżowy. Po brydżu bardzo często następowała mała partyjka czegoś szybkiego, zwykle pokerka, za czym przepadał książę, który jednak nigdy nie grał nałogowo i wysoko. Dla uzupełnienia obrazu dodać trzeba restaurację i sklep delikatesów Braci Winogradow, gdzie jedzenie było znakomite, a sklep posiadał wszystko co potrzeba w najlepszym gatunku – wina sprowadzano beczkami, a pod względem zakąsek i towarów kolonialnych mógł śmiało rywalizować z Braćmi Pakulskimi i Hirszfeldem w Warszawie. W razie niespodziewanej wizyty wystarczył telefon do Winogradowa, a paczka doręczona konduktorowi pociągu za dwie godziny była do odebrania na stacji w Skrzybowcach. I jeszcze do kompletu hotel Petersburski, czyli „Ciocia Petersburska” – bardzo czysty hotelik, gdzie volens nolens w czasie zjazdów, bali oraz przy innych okazjach rezerwowano sobie pokoje. Właścicielka, pani Glaüberman, dziedziczka hotelu po starej lidzkiej rodzinie Cydorowiczów, wyszła za mąż za dużo młodszego od siebie Żydka z Pińska Glaübermana. On pełnił funkcje numerowego, portiera, posłańca, wykidajły. Pani Glaüberman, zainstalowawszy nowy klozet ze spuszczaną wodą, zachęcała wszystkich do korzystania, a przynajmniej do zwiedzania przybytku, z którego była dumna. Wzywała słowami: – Co znaczy nie potrzebuję? Pan Wańkowicz tyż nie potrzebował, a jak zobaczył – to godzinę siedział! – Innym razem witała mnie słowami: – Uj, żeby pan wiedział, jaką ja miała nieprzyjemność parę dni temu. To była wielka nieprzyjemność. Przyjeżdża z Wilna tym wieczornym pociągiem pan mecenas J., pan jego zna. A za nim idzie taka wymalowana, taka wystrojona, taka pachnąca – to ja mówię: „Panie mecenasie, ja Pana bardzo szanuję i uważam, ale tego u mnie nie wolno”. – „Czego nie wolno?” – „Tego” – i ja palcem pokazuję na nią. I co pan powie, to była jego żona! To ja miała taką nieprzyjemność. Ja jeszcze dziś chora jestem. […]

Jak już wspomniałem, polityka rządowa w stosunku do mniejszości narodowych i autochtonów nie stanęła na wysokości zadania. Nie było może tak jaskrawych błędów, jak na Wołyniu i Ukrainie czy w Galicji Wschodniej, niemniej jednak błędy były i dawały ujemne rezultaty. Po pierwsze w stosunku do prawosławnych. Dla nikogo nie było tajemnicą, że w wojsku prawosławny nie mógł przeskoczyć stopnia plutonowego. W urzędach prawosławni byli pomijani i spychani na drugorzędne stanowiska, a tymczasem prawosławie polskie, zerwawszy z Rosją, miało swego metropolitę w Warszawie, w seminarium uczono języka polskiego i kazań po polsku. Nowe duchowieństwo, już w Polsce wychowane, było patriotycznie, propaństwowo nastawione.

Drugą bolączką było osadnictwo. Pomijam, niesłuszne zresztą, poczucie krzywdy miejscowej ludności, że ziemia, która jej powinna przypaść w udziale, rozdawana jest obcym prochodzimcom, bardzo często małowartościowym. Ale jeżeli wybory do rady gminnej, do sejmiku, na wójta – to wszystkie miejsca tylko osadnikom. Odsunięcie od udziału w samorządzie miejscowej ludności, która zaczynała się garnąć i przywiązywać do polskiej państwowości, było błędem i pchało tych samych ludzi prosto do hurtków. A przecież ta ludność miejscowa miała wielkie zalety i zdolności. Przede wszystkim byli to ludzie uczciwi, a zarazem zaradni, posiadali wspaniały zmysł krytyczny i poczucie humoru. Z jaką dumą nosili pierwsze brązowe Krzyże Zasługi i Medale 3 Maja! Pamiętam dumną odpowiedź wójta gminy Lebioda, Szymona Kowczyka, gdy go jakiś inspektor „Galicjak” sztorcował za drobne zresztą niedociągnięcia w gminie: – Ja wam ten Krzyż odbiorę. – Nie pan mi go dałasz, nie pan mi go odbierzesz!

o autorze
Rostworowski Andrzej

Andrzej Rostworowski, urodzony w 1899 roku w Wilnie, wywodził się ze szlacheckiej rodziny herbu Nałęcz, sięgającej korzeniami średniowiecza. Był synem zamożnego architekta wileńskiego. Lata dzieciństwa, a później okresy wakacji spędził głównie w majątkach na Polesiu: Narowli i Rudakowie, należących do jego bliskich krewnych. Przed pierwszą wojną światową uczył się w gimnazjum w Chyrowie k. Lwowa, a w czasie wojny chodził najpierw do gimnazjum w Warszawie, potem do polskiego gimnazjum w Moskwie. W 1917 roku wstąpił do I Korpusu Polskiego, formowanego w Rosji pod dowództwem gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego; brał m.in. udział w opanowaniu przez Polaków Bobrujska. W 1918 roku dotarł przez Wilno do Warszawy i został podoficerem saperów w Wojsku Polskim. Przez następne dwa lata uczestniczył w walkach z bolszewikami na froncie litewsko-białoruskim i w bitwie warszawskiej. W 1922 przeszedł do rezerwy, a w 1924 osiadł w odziedziczonym majątku Skobejki k. Szczuczyna w województwie nowogródzkim. Wybudował tam dwór i przez 15 lat gospodarował na ziemi. Zmobilizowany ponownie w stopniu kapitana saperów w 1939 roku, uczestniczył w obronie Warszawy; dostawszy się do niemieckiej niewoli, do 1945 przebywał w oflagach. Po wyzwoleniu wrócił do kraju, zamieszkał w Krakowie, gdzie w 1961 roku zaczął spisywać wspomnienia. Pisał je „do szuflady”, dla uratowania przeszłości od zapomnienia. Wiedział, że nie nadają się one do publikacji w realiach PRL i nie zamierzał ich dostosowywać do peerelowskich ograniczeń. Zapisywał więc to, co zapamiętał, i tak, jak zapamiętał – bez autocenzury. Zmarł w 1980 roku.

Koszyk jest pusty
Przedsprzedaż
Nowości w atrakcyjnych cenach więcej
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2018 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL