Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
znajdź książkę
katalog
newsleter
Lizbona. Miasto Światła w cieniu wojny 1939-1945
cena
39,00 19,50 kup książkę
Neill Lochery
Lizbona. Miasto Światła w cieniu wojny 1939-1945
Lisbon. War in the Shadows of the City of Light, 1939–1945
przekład: Arkadiusz Bugaj
opracowanie graficzne: Lijklema Design. Karolina i Hans Lijklema
seria: Humanistyka - wydania indywidualne
wydanie I
marzec 2015
oprawa twarda
format 123 x 196mm
str. 312 + ilustracje
ISBN 978-83-07-03320-4

Przesiadujący w zatłoczonych kawiarnianych ogródkach i sączący kawę z niewielkich filiżanek lizbończycy dowiedzieli się o wybuchu drugiej wojny światowej z porannych dzienników, które, zawieszone dla wygody klientów w bambusowych ramach, były dostępne w każdej z ulicznych kafejek. Ich bywalcy, nieomal wyłącznie mężczyźni, paląc papierosy, przetrawiali treść zamieszczonej na pierwszej stronie wszystkich gazet proklamacji portugalskiego rządu, podczas gdy umorusani chłopcy, stale pętający się po placu Rossio, centralnym placu miasta, energicznie pastowali im buty. Rządowa proklamacja ostrzegała, że chociaż wojna toczy się daleko, to jednak nie jest wydarzeniem bez znaczenia dla Portugalii i nie można oczekiwać, by kraj zdołał uniknąć konsekwencji długiego i strasznego konfliktu. Rząd wzywał więc ludność do mężnego znoszenia nieuniknionych przyszłych poświęceń i trudności.

Najważniejsze jednak w proklamacji było potwierdzenie, że pomimo zobowiązań obronnych wynikających z pradawnego sojuszu z Anglią (a z angielsko-portugalskiego traktatu z 1373 roku, najstarszego na świecie obowiązującego aliansu, rząd nie zamierzał, jak twierdził, wycofać się w tej trudnej chwili), Portugalia nie jest zobligowana do porzucenia statusu państwa neutralnego w zaistniałej nadzwyczajnej sytuacji. Oświadczenie rządu nie było wprawdzie równoznaczne z formalną deklaracją neutralności, ale intencje jego autorów jawiły się jako oczywiste dla wszystkich – oto lizbońska dyktatura miała nadzieję na ciche przeczekanie wojny. Polityka niezadeklarowanej neutralności cieszyła się szerokim poparciem zarówno wśród bywalców kawiarni przy placu Rossio, jak i w całym kraju. Niemiecki poseł w Lizbonie nie ukrywał, że linia przyjęta przez portugalski rząd jest, przynajmniej na razie, możliwa do zaakceptowania przez Berlin, pod warunkiem, iż Portugalia nie będzie próbowała wywiązać się z któregokolwiek ze swych „szczególnych zobowiązań” wobec Wielkiej Brytanii.

We wrześniu 1939 roku Lizbona, podupadająca, wynędzniała i rozpaczliwie oczekująca na ponowne odkrycie, przypominała piękną, lecz zaniedbaną Śpiącą Królewnę. Wystarczyło odejść kilka minut spacerem od splendoru kawiarnianego towarzystwa z placu Rossio, by dostrzec prawdę – której nie mógł przysłonić nawet fantastyczny, głęboki błękit jesiennego nieba – o fatalnym stanie wielu budynków, niegdyś pięknych, a teraz ukazujących skutki zaniedbań trwających od dziesięcioleci.

Odpadające coraz to większe kawały tynku odsłaniały brudną, szarą warstwę cementu. Natychmiastowej wymiany domagały się popękane dekoracyjne niebieskie płytki ceramiczne (azulejos). W wielu oknach tkwiły potłuczone szyby, a z butwiejących framug łuszczyła się farba. Okiennice pokrywała warstwa brudu w piaskowym kolorze, pozostawionego przez deszcz, spływający – z powodu braku rynien – wprost z wysuniętych dachówek. Na rdzewiejących żelaznych poręczach balkonów wisiała schnąca bielizna. Ze wspólnych wejść do nędznie utrzymanych budynków mieszkalnych dobiegał silny zapach wilgoci, a wiele drewnianych klatek schodowych, o wysokości pięciu czy sześciu pięter, pokrywał zaskorupiały kurz i chroniły chybotliwe poręcze, które czasy świetności dawno już miały za sobą.

Za dnia Lizbona była pełna wyrazistych kolorów. Pomimo długiego, gorącego lata 1939 roku bujna trawa zachowywała jeszcze we wrześniu zaskakującą barwę ciemnej zieleni. Wszechobecne pomarańczowe, fioletowe i czerwone kwiaty wydawały słodki zapach, kontrastujący z wonią mgiełki smogu ze spalin samochodowych, która wisiała nad miastem w niektóre wczesnojesienne poranki. W centrum miasta cudaczne tramwaje turkotały po szynach, brzęcząc przenikliwie dzwonkami. Pędzące taksówki z piskiem opon przejeżdżały przez szyny wypolerowane kołami tramwajów i wypaczone upałami. W Lapa, dyplomatycznej dzielnicy miasta położonej na jego eleganckim zachodnim przedmieściu, ze wspaniałym widokiem na płynącą poniżej rzekę, nieustannie rozbrzmiewał hałas syren dźwigów portowych i statków, dobiegający z ruchliwych doków rozciągających się u stop wzniesienia. Zagraniczni dyplomaci spędzali czas w zacienionych ogrodach ambasad, oczekując na instrukcje od swoich rządów i uczestnicząc w życiu towarzyskim niewielkiej lizbońskiej elity.

Po zmroku hałas w mieście nie ustawał, niemal przez całą noc ujadały psy i piały koguty. Podczas gdy w prawie całej Europie gaszono światła, Lizbona pozostawała jasno rozświetlona. Blask z neonów reklamowych, jarzących się na szczytach budynków, łączył się z jaskrawobiałym światłem lamp ulicznych. Tylko opary nadrzecznej mgły, często napływające nocą na miasto, wywoływały nastrój rodem z czarnego filmu. Portugalska stolica, ze swymi wąskimi uliczkami i ogrodami otoczonymi wysokim murem, bardziej przypominała Neapol lub Sycylię niż jakiekolwiek miasto w sąsiedniej Hiszpanii.

Avenida da Liberdade (aleja Wolności), wybiegająca ze szczytu placu Rossio i łagodnie pnąca się prosto w kierunku parku miejskiego, stanowiła lizboński odpowiednik Champs-Élysées. Otwarta w roku 1882 aleja była najwspanialszą ulicą Lizbony. Miała 1500 metrów długości i 90 metrów szerokości. Mieściły się przy niej dwa teatry, cztery kina i wiele ulicznych kawiarni. A wzdłuż lub w pobliżu jej obsadzonych drzewami bulwarów wznosiły się olśniewające, prestiżowe hotele, takie jak Tivoli i Aviz.

Lato roku 1939 nie było najlepszym sezonem dla lizbońskich hoteli. Wskaźnik wykorzystania pokoi utrzymywał się na niskim poziomie, co po części wiązało się z obecnością niewielkiej liczby zagranicznych gości w mieście, a po części było konsekwencją trudnego dziesięciolecia, w trakcie którego Portugalia usiłowała wydobyć się z gospodarczej depresji. Lizbona w 1939 roku leżała z dala od szlaków uczęszczanych przez większość zagranicznych turystów. Ci, którzy zaryzykowali podroż do stolicy Portugalii, spieszyli tłumnie na pobliskie wybrzeże, a szczególnie do kurortu Estoril, który przyciągał swym kasynem i panującym cały rok łagodnym klimatem. Sytuacja ta miała jednak ulec gwałtownej zmianie, gdyż w ciągu zaledwie roku lizbońskie hotele zapełniły się tłumami uchodźców, dyplomatów i szpiegów z krajów należących do obu walczących stron. Aby sprostać zwiększonemu popytowi, hotele zmuszone były otwierać nowe skrzydła i zagospodarowywać przybudówki. Pomimo to znalezienie wolnego pokoju hotelowego w Lizbonie w latach 1940–1942 było zadaniem niełatwym.

Niespodziewane znaczenie, jakie stolica Portugalii zyskała w planach walczących mocarstw, wynikało z kilku czynników: jej położenia geograficznego, znakomitego portu dla statków na szlakach wiodących na Morze Śródziemne oraz do Ameryki Północnej i  Południowej, strategicznego znaczenia Azorów i portugalskich kolonii w Afryce i na Dalekim Wschodzie, a także z posiadania przez Portugalię złóż niezwykle ważnych surowców, takich jak rudy wolframu. Naturalnie ten wzrost znaczenia kraju krył też w sobie potencjalne zagrożenia. Gdyby Lizbona nie zdołała utwierdzić obu stron konfliktu w przekonaniu o neutralności Portugalii, krajowi groziłyby co najmniej alianckie sankcje ekonomiczne albo bezpośrednia agresja niemiecka, podjęta prawdopodobnie z pomocą Hiszpanii.

 

(...)

 

Nie sposób się dziwić, że Portugalia – kraj dysponujący niezwykle ważnym towarem eksportowym, zajmujący strategiczny odcinek wybrzeża europejskiego i kierowany przez nieprzeniknionego przywódcę podejmującego trudne do przewidzenia decyzje polityczne – była właściwie skazana, by stać się miejscem swoistego konklawe szpiegów. W Lizbonie i w nadbrzeżnym Estorilu można było natknąć się na nich prawie wszędzie. Niektórzy byli prawdziwymi szpiegami, inni nie całkiem. Hotel Palàcio, jego wielką salę balową i pobliskie kasyno zapełniali agenci ze wszystkich państw uczestniczących w wojnie. Elegancko ubrani, rozgrywający partie przy karcianych stolikach, przydawali swej odwiecznej profesji aury dostojeństwa. Eklektyczną społeczność gości hotelu i kasyna uzupełniało wiele barwnych miejscowych postaci z kręgów wielkiego biznesu, a także zagraniczni przedsiębiorcy zarabiający na neutralności Portugalii oraz zamożni uchodźcy wojenni.

Hotelowy barman cieszył się opinią twórcy najlepszych w Europie koktajli Manhattan, pokojówki zaś pracowały dla jednej lub drugiej strony toczącej się wojny, a czasami dla obu. Pewien Amerykanin, wstąpiwszy w progi hotelu, stwierdził, że panująca w nim atmosfera przypomniała mu rodzimą Klinikę Mayo, gdyż twarze wszystkich gości wskazywały, że coś ich gnębi.

Podczas wojny hotel i szczególnie kasyno odwiedziło wiele europejskich rodzin monarszych, które opuściły swe ojczyzny, uciekając przed Niemcami lub swymi rodakami, albo przed jednymi i drugimi. W weekendy i w wakacje hotel był zapełniony prawie do ostatniego miejsca i kipiał od intryg i plotek. Wiele z nich puszczali w obieg agenci walczących państw, fakty często wyolbrzymiano, a niekiedy były to jawne kłamstwa. Pomiędzy agentami wywiadów alianckich i niemieckiego działała PVDE i jej sieć miejscowych informatorów, starannie odnotowujących wszystkie kroki i rozmowy obcych szpiegów na wypadek, gdyby kontaktowali się oni z osobami należącymi do portugalskiej opozycji. Policyjne raporty trafiały bezpośrednio do kapitana Lourenco. Szef PVDE przekazywał z kolei streszczenia najważniejszych spraw Salazarowi, który dzięki temu uzyskiwał przegląd bieżących zdarzeń z miejscowego światka szpiegowskiego i jego kontaktów z ważnymi postaciami portugalskiego życia społecznego.

Dwudziestego maja 1940 roku w hotelu Palàcio w Estorilu zameldował się Ian Fleming, przyszły autor książek o Jamesie Bondzie, podając się po prostu za urzędnika państwowego. W rzeczywistości pobyt Fleminga w Lizbonie wiązał się z przygotowywaniem planu operacji „Golden Eye” (Złote oko) dla wywiadu brytyjskiej marynarki wojennej. Plan miał wejść w życie w razie niemieckiej inwazji na Portugalię i obejmował podjęcie akcji sabotażowych oraz utworzenie siatki łączności z Londynem. Zakładał współpracę rożnych agencji wywiadu, działających w wielu miejscach, więc oczywiście stworzenie go utrudniała zacięta rywalizacja poszczególnych departamentów i służb. W Lizbonie Fleming zajmował się sprawami  związanymi z portugalską częścią operacji, ustalając z lizbońskimi szefami placówek mechanizm jej ewentualnego wykonania. Spędzał też czas ze swym starym przyjacielem, Davidem Ecclesem z Ministerstwa Wojny Ekonomicznej. Fleming przebywał w Lizbonie tylko przejazdem, w drodze z Anglii do Stanów Zjednoczonych.

Podróżujący na tej trasie agenci brytyjscy, po dotarciu do Lizbony na pokładzie samolotów BOAC z Bristolu lub Poole, często korzystali następnie z odlatujących do Nowego Jorku clipperów linii Pan American Airways. Hydroplan z Flemingiem na pokładzie dobił do nabrzeża nowojorskiej La Guardii w dniu 25 maja 1941 roku. Fleming i jego szef, admirał John Godfrey, którego postać stała się jednym z pierwowzorów fikcyjnego M w serii powieści bondowskich, przylecieli do Ameryki, aby zbadać i przeanalizować poziom bezpieczeństwa w amerykańskich portach.

W drodze powrotnej Fleming przybył do Lizbony pod koniec lipca dla dokonania krótkiej inspekcji przygotowań organizacyjnych i materiałowych do operacji „Golden Eye”. Tym razem nie skorzystał ze wspaniałości hotelu Palàcio, ale zatrzymał się w pokoju zwolnionym przez Davida Ecclesa. Podczas wizyty w Tangerze doświadczył odrobiny prawdziwie bondowskiej dramaturgii, kiedy musiał wynająć prywatny samolot, by jak najszybciej dostać się z powrotem do Lizbony. Z jego raportu służbowego wynika, że domagał się potem 110 funtów tytułem zwrotu kosztów za ten lot.

Uprzejmy, opanowany i z upodobaniem biorący udział w wojnie wywiadów Fleming nie doświadczył podczas krótkiego pobytu w Lizbonie ani bliskości nieprzyjaciela, ani dreszczu emocji związanego z grą wywiadowczą. Musiał natomiast nakłaniać komórki rożnych brytyjskich służb, często konkurujących ze sobą, do współdziałania w przygotowaniu operacji „Golden Eye”. Wieczór drugiego dnia pobytu w Estorilu Fleming i Godfrey spędzili w niezwykle wtedy spokojnym kasynie. Fleming grał, obstawiając niezbyt wysoko, i przegrał. Wychodząc z kasyna, zwrócił się podobno do Godfreya, mówiąc: A co by było, gdyby facetami przy stoliku byli niemieccy agenci, a my oczyścilibyśmy ich z pieniędzy? Uważano, że epizod ten zainspirował później jedną ze scen w pierwszej książce Fleminga o Bondzie, Casino Royale, w której Bond ograł w karty Le Chiffre’a, nikczemnego szpiega komunistycznego.

Z okien pokoju hotelowego Fleminga w Estorilu widać było promenadę biegnącą do Cascais wzdłuż nadmorskiej plaży, na której roiło się od obcych agentów. Pięknie opalone niemieckie agentki, udając obywatelki neutralnej Szwajcarii, liczyły na uwiedzenie wyższych przedstawicieli personelu alianckiego, samotnych z dala od domu.

Ogólnie biorąc, Fleming był pod wrażeniem organizacji wywiadu w Lizbonie, wyróżniającej się pozytywnie na tle wielu innych placówek, które odwiedził podczas swojej podroży. Natomiast realia pracy agenta bardzo odbiegały od fikcji filmów o Jamesie Bondzie, nakręconych na podstawie książek, które Fleming napisał już po wojnie. W rzeczywistości duża część pracy wywiadowczej w Portugalii nie wyglądała efektownie. Co więcej, działalność wywiadów w Lizbonie nie cieszyła się zbyt dobrą opinią i chociaż często pracowano we wspaniałej scenerii, to po obu stronach barykady panowała niedobra atmosfera, gdyż zarówno brytyjscy, jak i niemieccy szpiedzy nie zdołali zrealizować zamierzonych celów i ryzykowali gniewną reakcję ze strony swych przełożonych. Ponadto powszechnym zjawiskiem była wzajemna rywalizacja rożnych służb wywiadowczych tego samego państwa, aczkolwiek czasami jej znaczenie wyolbrzymiano, wykorzystując ją jako wygodne usprawiedliwienie ponoszonych niepowodzeń.

o autorze
Lochery Neill

Neill Lochery (ur. w 1965 r.), jest brytyjskim (szkockim) historykiem, publicystą i komentatorem politycznym. Zajmuje się przede wszystkim najnowszą historią Bliskiego Wschodu i regionu Morza Śródziemnego. Od 1997 r. wykłada na University College London.

Opublikował m.in. książki: The Israeli Labour Party: In the Shadow of the Likud(1997), The Difficult Road to Peace. Netanyahu, Israel and the Middle East Peace Process (1999), The View From The Fence (2005), Loaded Dice: The Foreign Office and Israel (2007) oraz Lisboa: A Cidade Vista de Fora, 19331974  (2013). 

Jego najbardziej znaną pracą stała się Lisbon: War in the Shadows in the City of Light, 1939–1945; opublikowana po raz pierwszy w 2011 roku w Stanach Zjednoczonych, została już także wydana po portugalsku (w Portugalii i w Brazylii) oraz po hiszpańsku.

Neill Lochery pisze też artykuły i komentarze polityczne do prasy, m.in. do „The Washington Post”, „The Scotsman”, „New York Sun”, „The Wall Street Journal” i „Jerusalem Post”.

Koszyk jest pusty
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2018 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL