Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
znajdź książkę
katalog
newsleter
Akimudy
cena
33,00 19,80 kup książkę
Wiktor Jerofiejew
Akimudy
Akimudy
przekład: Przekład Michał B. Jagiełło
opracowanie graficzne: Anna Pol
seria: Literatura przekładowa - wydania indywidualne
wydanie I
28 stycznia 2014
oprawa miękka
format 210x148 mm
str. 424
ISBN ISBN 978-83-07-03304-4

Ostatnio mój tata polubił odbywanie ważnych spotkań w pościeli. Oczywiście nie mogło być mowy o sypialni. Kto przyjmuje gości w podwójnym łóżku! Na miejsce ważnych spotkań został wybrany tapczan w gabinecie. Uliczny hałas z Twerskiej stwarzał wrażenie czynnego życia. Po śniadaniu w kuchni, z cienką herbatą i garścią lekarstw, tata kręcił się przez chwilę po mieszkaniu, po czym pomyślawszy o bieżących sprawach w toalecie, udawał się do pracy i na spoczynek pod pled. Oto w dniu swego jubileuszu włożył dwa sweterki, błękitny i szary z wykładanym kołnierzykiem, a następnie usiadł na tapczanie ze starczo rozsuniętymi nogami. Gdzieś w oddali szumiał odkurzacz. Tata nie był domatorem i nie wnikał w szczegóły zajmowania się mieszkaniem. Odkurzacz szumiał w domowym świecie, dalekim i przyziemnym. Co prawda kiedyś w Dakarze tata musiał zająć się kupnem domu na siedzibę ambasady i wykonał tę misję gospodarczą solennie, ale głowy do interesów nigdy nie miał. Tata potarł skostniałe dłonie i pomyślał, że wkrótce zrobi mu się lepiej i ciepło. Pora popracować! Wśliznął się pod żółtobrązowy pled i skurczył w sobie. W pozycji leżącej jego twarz wygładziła się, stała się szara i wyrazista. Serce zakłuło dwa razy i uspokoiło się. Nie zdążył zamknąć oczu, kiedy wezwano go do komendy wojskowej i zaproponowano, żeby wysadzał mosty na tyłach wroga. Podczas przygotowań do straceńczej misji po raz ostatni wyskoczył na szkoleniu ze spadochronem i nadział się na choinkę. Chirurg chciał amputować mu nogę. Odmówił, noga ocalała. Właśnie miał wyjść ze szpitala, kiedy zjawili się rodzice, żeby złożyć mu życzenia z okazji jubileuszu. Iwan Pietrowicz w czarnych zarękawkach buchaltera i Anastazja Nikandrowna w cienkiej sukni pogratulowali mu dobrze przeżytego życia i zaprosili w gości. Ojciec wykręcił się ogólnikowymi obietnicami, że kiedyś do nich wpadnie. Z rodzicami wiązały go przykre wspomnienia dzieciństwa w Pitrze i kot skaczący po maleńkim mieszkaniu na Zagorodnym. Na wakacjach zaczął tonąć w Wołdze, ale zamiast w grobie znalazł się w Smolnym, gdzie sekretarz komitetu obwodowego podał mu gazetę. Stalin i Ribbentrop uśmiechali się. A to kto? Domyślił się: tłumacz! Naprzód! Anastazja Nikandrowna dobrze wiedziała: wszyscy pisarze to moczymordy! Zamiast na wojnę w Hiszpanii, na którą bardzo chciał pojechać, ojciec wyszedł na Kuzniecki Most i wszedł do starego gmachu Ministerstwa Spraw Zagranicznych. – Te, Mołotow cię wzywa! – zawołał ktoś. Ojciec był wzburzony. Tak go do Mołotowa nie wzywano! Nie lubił, kiedy postronne siły naruszały porządek rzeczy. Zerwał się i pobiegł do szefostwa, zadyszany, dziewięćdziesięcioletni. W życiu ojca byli czterej najważniejsi ludzie. Stali w czterech kątach jego świadomości i nadzorowali jego działalność życiową. Stalin, Mołotow, Kołłontaj i generał de Gaulle. Generał de Gaulle uosabiał wszystkich cudzoziemców na świecie. Był eleganckim, zadbanym i bystrym wrogiem. Tata jak kobieta ulegał jego czarowi, szeptał do niego w Paryżu „mój generale”, ale w ostatniej chwili uciekał z jego domu z krzykiem. Z Aleksandrą Kołłontaj tata pracował w czasie wojny w Szwecji. Droga do Kołłontaj była kręta i męcząca jak w bajce. Wiodła przez Ocean Arktyczny, który tata przemierzał na angielskim stateczku w angielsko- -amerykańskim konwoju pod bezustannym ostrzałem Niemców. W efekcie tego ostrzału karawana statków została unicestwiona, ale tata przeżył. Los wpisał się do dzienników ojca. Tata przeżył, tata przeżył, tata przeżył ze względu na mnie – myślałem bezwstydnie. Z Aleksandrą Kołłontaj tata spędził wiele bezsennych nocy: w jego obecności pisała pamiętniki po francusku. Czym się to nie zajmowali! Na przykład podlewali fiołki z konewki. Inwalidka na wózku, dotykała młodych rąk taty, opowiadając mu o Plechanowie i wolnej miłości. Była szlachecką syreną rosyjskiej rewolucji, żywą ilustracją tego, że komunizm był początkowo czystszy i bardziej płomienny niż faszyzm. Zaraziła ojca jeszcze przedrewolucyjną ideą świata bez walki kapitałów i rynku, świata, który kiedyś znów powróci na ziemię. Oczyściła ojcowe czakry. Gdyby nie Kołłontaj, tata nigdy nie stałby się tak jasnym młodzieńczym wyznawcą idei. Kołłontaj widziała w Leninie nie ikonę, nie dziadunia z Choinki w Sokolnikach, lecz stanowczego i błyskotliwego wyzwoliciela ludzkości, siewcę wolności, który wyprzedzając swoją epokę, wziął się nie wiadomo skąd. Wszystko się popsuło. Wiaczesław Michajłowicz Mołotow porwał tatę i odebrał go Kołłontaj. Sprzeciwiała się jego depeszom, wzywającym tatę do powrotu do Moskwy. Dobrze znała tego byłego knajpianego skrzypka, którego poznała kiedyś z jego przyszłą żoną. Tata wbiegł do gabinetu Mołotowa. Gdzieś daleko szumiał odkurzacz. Gdzieś w kuchni mama rugała pomoc domową, że ta nie umie ugotować kapuśniaku. Mołotow spojrzał na tatę posępnym wzrokiem. Za oknem była noc. – Macie przy sobie pieniądze? Tata, nieco zaskoczony, sięgnął do portfela. Zaczął wyciągać wprowadzone po reformie trojaki, piątaki, czerwońce. Mołotow wziął pieniądze i długo obracał je w palcach. – Ładne pieniądze – pochwalił, oddając banknoty. – Lubicie kaszę gryczaną? – Tak. – Kasza gryczana to droga do nieśmiertelności. Wierzycie w nieśmiertelność? – Nie. – Idźcie i przygotujcie mi raport o pożytkach z kaszy gryczanej! Tata odwrócił się niemal jak wojskowy. – Stójcie! Jutro będziecie tłumaczem towarzysza Stalina na Kremlu. Proszę się nie denerwować, ale też pamiętać, że towarzysz Stalin nie lubi, kiedy się go o coś dopytuje. Tata znów poczuł się jasnym młodzieńcem. Nabrał absolutnego przekonania, że wkrótce poczuje się lepiej i wyjdzie z laseczką na skwerek. Przez lornetkę teatralną będzie obserwować z parapetu nocne życie w oknach sąsiedniego bloku. Pół roku wcześniej podsumował swoje życie w moim samochodzie, kiedy ostatnim razem wiozłem go ze szpitala do domu, później już do tego nie wracał. Był skromnym pracownikiem operacyjnym i nie uważał, że ma prawo rozmyślać o sensach życia. Zatrzymaliśmy się na światłach przy placu Smoleńskim i długo staliśmy na uciążliwym skrzyżowaniu. Tata popatrzył na ukochany gmach, któremu poświęcił całe życie. – No cóż – powiedział spokojnym tonem. – Wszystko dobrze, dzieci nie trzeba się wstydzić. Wnuków też. – Wołodia! – rozległo mu się nad uchem. – Masz dziś jubileusz! Zaraz przyjadą dzieci! W dniu jubileuszu mama czuła się gorzej niż zwykle i nie zgodziła się na uroczystą kolację rodzinną. Zredukowała listę gości do dwóch synów. Ojciec przyjął to bez słowa. Będąc dyplomatą wysokiego szczebla, ambasadorem pełnomocnym i nadzwyczajnym, wreszcie ekscelencją, miał prawo nawet ani mrugnąć. Tym bardziej, że przyjechali do niego z kamerą dwaj fińscy dziennikarze w białych koszulach i krawatach. Ojciec zawsze uważał wywiady z zagranicznymi dziennikarzami za przeszpiegi wroga. Nie pomylił się także w dniu jubileuszu. Ukrył się w pledzie po same uszy i wyszedł do Finów. – Włodzimierzu Iwanowiczu – odważnie zaczął fiński blondyn. – W Niemczech poruszana jest kwestia przestępstw dyplomacji niemieckiej w czasach Hitlera. Jak pan sądzi, czy rozważanie tego problemu jest uzasadnione? Ojciec od razu zorientował się, do czego Fin zmierza. – Zawsze życzliwie odnosiłem się do pracowitego narodu Finlandii – zaczął ambasador. – Brałem udział w pertraktacjach na temat wyjścia Finlandii z wojny. Były to trudne rozmowy, ale zakończyły się podpisaniem porozumienia, które usatysfakcjonowało obie strony. Tata oblizał spierzchnięte wargi; wyglądał na zmęczonego. W gruncie rzeczy czuł się dyplomatą kraju, którego nie ma na mapie. – Ale niemiecki ambasador w Paryżu był podczas wojny prawdziwym dyktatorem! – dodał tata. Wiedział, że Fin wyciągnie teraz finkę i zada mu cios w brzuch. – Powojenni ambasadorowie Związku Radzieckiego w Warszawie i Budapeszcie nie byli dyktatorami? – Pamiętam taki przypadek – dobrodusznie roześmiał się ojciec. – Nasz ambasador w Warszawie, Lebiediew, napisał książkę o budowie socjalizmu w Europie Wschodniej i wysłał ją do Stalina z adnotacją: „Z odwołaniem do oceny towarzysza Stalina”. Stalin odpowiedział: „Z odwołaniem!”. Natręta odwołano. Czy czuję się przestępcą? – zastanawiał się ojciec. – Co za bzdura! Zawsze walczyłem o rację stanu Rosji! Finowie dali sobie spokój. – Kto nie kocha Stalina? – dywagował głośno ojciec. – Pewnie tylko ci, którzy nigdy z nim nie pracowali. Był to człowiek o hipnotycznej sile. Kto nie kocha Stalina? Wszyscy kochają Stalina. Nawet ci, którzy nienawidzą Stalina, swoją nienawiścią karmią miłość do niego. Ale kogo kochał sam Stalin? Stalin mocno kochał mojego tatę. Być może tata był najbardziej kochanym przez Stalina przedstawicielem całej męskiej populacji mojego kraju. Stalin chciał, żeby w komunizmie wszyscy ludzie byli podobni do mojego taty, żeby wszyscy byli tacy szaroocy, skromni i przystojni. I żeby wszyscy mówili po francusku tak jak on. Ach, jak tata świetnie znał francuski! Nigdy nie pozwalał sobie mówić po francusku jak Francuz, żeby nie pomylono go z Francuzem, ale mówił po francusku tak ważko i precyzyjnie, że jego wymowa francuskich słów z każdym nowym zdaniem przybliżała pożar światowej rewolucji. Stalin zakochał się w moim tacie dosłownie od pierwszego wejrzenia, podczas pierwszego spotkania. Tata miał dwadzieścia pięć lat. Stalin nigdy nie zapomniał, że ojciec rozśmieszył go wtedy do łez. Chichotał, trzymając się prawą ręką za brzuch, w swoim gabinecie, obok maski pośmiertnej Lenina, i powtarzał po babsku: – Oj, nie mogę! Oj, nie mogę! Śmiertelnie przerażony tata stał przed nim na baczność. – A więc urodziliście się od razu na uniwersytecie? Okazało się, że Stalin, mówiący z dziwacznym kaukaskim akcentem, spytał tatę, gdzie się urodził. Tata nie dosłyszał pytania. Mając w pamięci przestrogę Mołotowa, żeby nie zadawać dodatkowych pytań, pogrążył się w domysłach i wydedukował, że Stalin pyta, gdzie się tata uczył. – Na Uniwersytecie Leningradzkim! – zameldował. W tym momencie Stalin złapał się za brzuch. Kiedy Iosif Wissarionowicz skończył się śmiać, ciężko dysząc wyznał: – Dawno się tak nie uśmiałem. Ostatni raz ubawiłem się tak jeszcze przed rewolucją październikową. Na progu gabinetu pojawili się dwaj mężczyźni w pince-nez: Mołotow i Beria. Aktywnie błyskali szkłami. – No to co, lecimy? Ojciec spotkał mnie w korytarzu w przyjemnym dla oka brązowym palcie i brązowym kapeluszu. Na nogach miał laczki. Powoli wstał z krzesła, szukając wzrokiem laski. Widać było, że od dawna na mnie czeka. Obok niego stała wielka waliza z krokodylej skóry, którą kupił w Paryżu pół wieku temu. Walizka dawno nie latała. Miała oderwaną rączkę. Ojciec nie wiedział, jakie spojrzenie ma wybrać: kłujące czy dobroduszne. Cieszył się, że lecimy rejsem specjalnym, rządowym samolotem, na zaproszenie ministra, ale już ponad godzinę czekał na wyściełanym zielonym krześle w palcie i kapeluszu, siedział od chwili, gdy fryzjer Tola, który też już się zestarzał, ostrzygł go przed daleką podróżą, a ja wciąż nie przychodziłem. – Spóźniasz się jak zawsze! – Ukłuł mnie spojrzeniem. Z sypialni wyszła mama – przygarbiona, w niebieskim zmechaconym szlafroku. – Zwariowałeś! – nakrzyczała na mnie zamiast powitania. – Sam zobacz: on jest chory! Dokąd go ciągniesz? Od zeszłej jesieni w ogóle nie wychodzi z domu! – Mamo! – Zostaw nas! Wyjdź! Wynoś się! – gniewała się mama. – Mamo! On nie może tu zostać! Lecimy! – Tak! Lecimy! – skwapliwie przytaknął ojciec. – W kapciach! Zobacz, jakie ma opuchnięte nogi! – Daj mi łyżkę do butów! – zwrócił się do mnie ojciec, opędzając się od mamy. Ostatnio nie znajdowali wspólnego języka. – Tak ci trudno usłużyć jednemu człowiekowi? – z wyrzutem spojrzał na żonę. – Dawaj – podniósł na mnie oczy, z trudem wzuwając buty – przed odlotem zadzwonimy do babci. Niech wyjdzie i pomacha nam na pożegnanie. – Jakiej znowu babci! – krzyknęła mama. – No nie, słyszysz, co on wygaduje! Dziś rano poprosiłam go, żeby przyniósł mi do łazienki spódnicę, to przyniósł dwie gąbki! – Mój dobry! – pojednawczo powiedział ojciec, często tak zwracał się do mamy. – Mój dobry, uspokój się! – Wziął do ręki słuchawkę i znów do mnie: – Przypomnij mi jej telefon. Moja babcia, Anastazja Nikandrowna, z domu Ruwimowa, była prawdziwą beauty. Na fotografiach z lat trzydziestych wyglądała nieprzyzwoicie pociągająco. Przez letnią sukienkę w kurorcie na Krymie przeświecało ciało spragnione pieszczot. Przez wiele lat tata jeździł do babci i przepadał u niej do rana. – Tato... – zacząłem nieśmiało. – Wołodia! – rozległ się krzyk mamy. – Twoja matka umarła czternaście lat temu! Ojciec zrobił zdziwioną minę. – Mój dobry! Wczoraj z nią rozmawiałem. – No nie! Spójrz tylko na niego! – Tato! – zacząłem ponaglać. – Spóźnimy się na samolot! – Dokąd lecicie? – Dokąd lecimy? – Lecimy do Warszawy, tato! – Po co nam Warszawa? – Lecimy do Warszawy odebrać nagrodę – powiedziałem. Tata pogrzebał w kieszeni i wyciągnął okulary. Zaczął przeglądać książkę telefoniczną. – Jaką znowu nagrodę? – spytała mama rozdrażnionym tonem. – Dyplom honorowy – wyjaśniłem. Tata przez ten czas zaczął niezdarnie wykręcać numer na tarczy aparatu. W słuchawce rozległ się sygnał dzwonka. Potem dał się słyszeć trzask i słuchawka roztrajkotała się kobiecym głosem po uzbecku. – Mamo, to ty? – nieufnie spytał tata. Odpowiedział mu długi sygnał. – Wczoraj musiałam zwolnić pomoc domową – zakomunikowała mama. – Nigdy mi się nie podobała. Pamiętasz, jakie paskudne bliny upiekła na Wielkanoc? Poza tym ukradła ojcu pieniądze. – Mamo! – głośno powiedział tata. – Mamo, wyjeżdżamy, wyjdź za dziesięć minut. – Tato! – zawołałem. – Nie odlatujemy z Szeremietiewa, ale z Wnukowa- 2. Nie będziemy przejeżdżać obok babci. – Poczekaj – powiedział ojciec do słuchawki i zakrył ją dłonią. – Co ty mówisz? – Że odlatujemy z Wnukowa-2. – I co z tego? – Babcia mieszka przy drodze na Szeremietiewo. – Babcia umarła czternaście lat temu! – Mama potrząsnęła głową w rozpaczy. – W nocy biegam do ubikacji po siedem razy. – Mamo, musisz iść do szpitala. – Chcesz mojej śmierci? Jaki szpital? – Masz – powiedział ojciec, podając mi słuchawkę. – Powiedz babci, kiedy ma wyjść. – Cześć, babciu! – wypaliłem. – Jedziemy dziś w twoją stronę. – Coś rzadko dzwonisz – powiedziała babcia ze smutkiem. – Wspominam cię, babciu! – Z kim ty tam rozmawiasz? – spytała mama. – Zamiast lecieć do tej t w o j e j Warszawy, poszedłbyś lepiej na cmentarz i posprzątał z t ą t w o j ą p a n i e n k ą grób babci. Kiedy tam byłeś ostatni raz? Zrównają mogiłę z ziemią i gdzie nas pochowasz? – Mamo! – obraziłem się nieco. – Mam wystarczająco dużo znajomości... – Zawsze się chwalisz swoimi znajomościami! No i co dla nas zrobiłeś z tymi znajomościami? Spójrz na walizkę ojca – nie ma rączki! – Co tu ma do rzeczy walizka? Dlaczego jesteś taka niesprawiedliwa? Pomogłem ojcu wyleczyć oczy? Kto mu załatwił klinikę? Ogląda teraz telewizję bez okularów! – Ogląda i nic nie rozumie! – Dlaczego lubisz mówić o ludziach takie świństwa? – Bzdura! To ty lubisz p i s a ć świństwa! Lubię w y ł ą c z n i e twoje wczesne opowiadania! – Nie kłóćcie się, moi dobrzy – powiedział ojciec. – Jedziemy! – powiedziałem. – Dokąd jedziemy? – energicznie zainteresował się ojciec. – Do Warszawy! – Dziwna sprawa – ojciec zamyślił się i pogrążył w sobie. – Moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa związane są z żałobą. Pamiętam czerwone flagi z kirem. Umarł Lenin. – Dobrze, że chociaż Lenin ci umarł. Bo jeszcze i do niego byś wydzwaniał – znów nie wytrzymała pamiętliwa mama. – Aleksandra Michajłowna Kołłontaj była człowiekiem o szerokich horyzontach – przypomniał sobie ojciec. – Ceniła Lenina bardziej niż Stalina. Sięgnąłem po walizkę. Nie dała się ruszyć z miejsca. – Co w niej jest? – Takie tam... Moje archiwum. – Same śmieci! – krzyknęła mama. – Same śmieci! – przedrzeźniał ją ojciec. – Co się drażnisz? Ostatnio ciągle się drażni! – poskarżyła się mama. – Mój dobry... Rodzice padli sobie w ramiona i przytulili się na pożegnanie jak czuli kochankowie.

inne książki tego autora
Koszyk jest pusty
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2018 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL