Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
znajdź książkę
katalog
newsleter
Maruderzy
cena
33,00 19,80 kup książkę
Sándor Márai
Maruderzy
Jelveny es jelentes. Utohang. Sereghajtok
przekład: Teresa Worowska
opracowanie graficzne: Agnieszka Stando
seria: mała proza
wydanie I
wrzesień 2013
oprawa broszura
format 123x196 mm
str. 376
ISBN 978-83-07-03299-3

Gdzieś zza filaru dobiegały dźwięki orkiestry, która grała to poważne, to znów żwawe utwory, po muzyce Bacha i Haydna nastąpiły żołnierskie marsze. Rozsiadłem się wygodniej w fotelu. Tamás miał inne spojrzenie. Z rzadkim instynktem akomodacji i zdolnością mimikry, które nigdy go nie opuszczały, żyjąc wśród Niemców, zmienił nie tylko fryzurę i ubiór, lecz również spojrzenie. Patrzył zimno, a jego szare oczy nabrały błękitnego błysku, jakby zakroplono je atramentem czy farbką; nie miały teraz wyrazu, doskonałe szklane oczy. Krótko obcięte włosy, niebieskawe szklane spojrzenie były jak peruka i charakteryzacja dobrego aktora w nowej roli – ukrywały i zasłaniały prawdziwego Tamása. Jego gesty były zdyscyplinowane, wyważone. Odkaszlnął, oparł się wygodniej, poruszył nadgarstkiem w wąskim mankiecie żółtej jedwabnej koszuli, z tylnej kieszeni spodni wyciągnął złotą papierośnicę. Na przegubie błysnął wąski złoty łańcuszek. Nawet papierosa wyciągał z papierośnicy jak oficer kawalerii, każdy jego ruch był celowy, zaplanowany, świadomy. Przyglądał mi się, mrużąc oczy, potem popatrzył na sufit, za wydmuchanym dymem. Orkiestra właśnie skończyła utwór Bacha i zaczęła marsz jakiegoś południowoniemieckiego pułku kawalerii.
– Od dawna jesteś w Berlinie? – spytałem ostrożnie.
– Od około roku – odparł lakonicznie.
Patrzyliśmy na siebie niemo. Przyszło mi do głowy, że może moja obecność tutaj jest nie na rękę Tamásowi. Ale jednocześnie chyba cieszy go. Chciałby mi pokazać przedstawicielstwo, tak jak ostatnim razem, kiedy wrócił z Peru, pokazał cylinder. Tak, Tamás się zmienił. Na przykład w ogóle się nie śmiał, z widocznym staraniem dyscyplinował mięśnie ust, które pozostawione same sobie zapewne łatwo zaprezentowałyby całą skalę dawnych, szczęśliwych i triumfalnych garrenowskich wybuchów śmiechu. Uśmiechał się tylko łaskawie niczym biskup, któremu nie przystoi śmiać się publicznie. Obserwowałem go bacznie, jak lekarz symulującego pacjenta. Tamás nosi przebranie, to niewątpliwe, tak sądziłem. I wtedy spostrzegłem w klapie jego dwurzędowej marynarki znaczek.
Mimowolnie syknąłem, jak świadek wielkiego nietaktu. Tamás był pierwszym Garrenem, który nosił znaczek; nigdy, przez całe wieki nie zdarzyło się, by ktokolwiek z Garrenów przypiął do ubrania jakiś znaczek. Ewentualność, że Garren nosi znaczek, to jest demonstruje wszem wobec, że gdzieś należy – a więc gdzie indziej niż do tego przypieczętowanego krwią związku, który bez przysięgi i umowy łączy wszystkich służących Dziełu – głęboko mnie dotknęła. Wiedziałem, że Tamás potrzebował wiele czułości, często pożyczał pieniądze, także od innych, nie tylko od Kalba. Nie zawsze też można było polegać na jego słowie, często pogrążał się w marzeniach i oddawał gonitwie myśli, szczególnie gdy mówił o Peru. Był jednak Garrenem w każdym calu; więc tak jak można uwierzyć, że pierworodny syn arcyksięcia czy wodza indiańskiego rzuca nożami w cyrku czy fałszuje weksel w Detroit, ale nie można uwierzyć, że zostaje urzędnikiem podatkowym w jednym z krajów średniej wielkości, tak samo nie można było uwierzyć, że którykolwiek z Garrenów będzie nosił znaczek. W świecie, w którym niemal wszyscy nosili w klapie marynarki jakiś znaczek – członkowie klubów sportowych, stowarzyszeń religijnych, myśliwi, rowerzyści, byli żołnierze frontowi, szklarze, piłkarze, miłośnicy przyrody, entuzjaści partii politycznych – w tym świecie Garren noszący znaczek okazywał się zdrajcą. Byłem naprawdę wstrząśnięty. Nieruchomo patrzyłem na klapę marynarki Tamása: znaczek był niewielki, na białym tle miał cienko zarysowany symbol, a wokół niemieckie kolory narodowe, czarno-biało-czerwone. Mogła to być odznaka patriotycznego towarzystwa tenisowego, ale tak samo trybunału femicznego – w tych miesiącach niełatwo było odróżnić je od siebie. Ostrym, świdrującym spojrzeniem, bez słowa, ponuro i uparcie patrzyłem na mały emaliowany emblemat, który zaświadczał, że jeden z Garrenów złamał niepisany pakt i przyłączył się do ludzi noszących znaczki – to było wystarczająco przerażające.
Tamás czuł moje zdumienie i patrzył na mnie w zakłopotaniu. Trwało to kilka chwil. Pomyślałem sobie, że obecnie nawet komiwojażerowie noszą znaczek fabryki porcelany, związku zapaśników czy koła śpiewaczego. Znaczek pojawił się na ubraniach jak drobna plamista wysypka nieznanej nowej choroby. Niektórzy wpinali w klapę marynarki po kilka różnych znaczków, niczym próżni dyplomaci noszący dawniej liczne wstążeczki krajowych i zagranicznych odznaczeń. Tamás odchrząkiwał, jakby czuł, że powinien odpowiedzieć. Będzie kłamał, pomyślałem.
– Widzę, że przyglądasz się znaczkowi – zaczął z bladym uśmiechem. Ten uśmiech, którego bezkrwista i nieprzekonująca uprzejmość nie rozwiała moich obaw, dowodził, że w Tamásu odezwał się Garren, wie o swojej zdradzie i siedząc tu ze mną, obecną głową rodu, rozumie, że musi zdać z tego sprawę, ale że to dla nas obu będzie bardzo nieprzyjemne. Czułem, że to, co się w tej chwili dzieje, jest czymś znacznie ważniejszym od kolejnego kłamstwa Tamása. Przypomniał mi się powrót do rodzinnego miasta, kiedy ojciec umierał, jak ze szczytu wzgórza patrzyliśmy razem na miasto, które jakoś „przesunęło się”. Obecna rozmowa była równie ważna: proces rozpadu, który zaatakował miasto i dzieło Garrenów, trwał dalej, nawet w tej chwili. – To zwyczajny znaczek – powiedział z fałszywym lekceważeniem. – Znaczek przedstawicielstwa – ciągnął zmieszany. – Wyprodukowaliśmy tego kilka milionów, różnej wielkości. Są takie skromne, jak ten, do wpięcia w klapie, są większe, okrągłe, które można sobie przypiąć na piersi. Inne można przymocować na zderzaku samochodu albo przykleić na walizce, kiedy jedziesz za granicę. Jeszcze inne, w formie małej flagi z napisem „Zarezerwowane”, można postawić na stole. Pokażę ci, jak przyjdziesz do przedstawicielstwa. Podoba ci się? – zapytał coraz bardziej zmieszany, wyjął znaczek z klapy i podał mi go.
Ująłem go z mimowolną ostrożnością, czubkami palców. Po raz pierwszy miałem w ręce coś takiego. Wypadało jakoś zareagować.
– Dość gustowny – odezwałem się wreszcie. – Ale też dość obcy. I ten znak…
Tamás rozejrzał się i ochrypłym szeptem rzucił: „Uważaj”. Powiedział to ostrzegawczo, jak ktoś, kto w ważnej sprawie ścisza głos, bo jeszcze nie nadeszła chwila, w której będzie się mógł wypowiedzieć.
– Dużo tu ludzi – dodał półgłosem i ostrożnie spojrzał na boki. W ogóle zachowywał się jak ktoś, kto o czymś wie, ale musi bardzo uważać, bo śledzą każdy jego ruch i słowo. Wydawało się, że obraziłem znaczek, kiedy niedbałym ruchem, czubkiem palca przesunąłem go ku Tamásowi po brązowym politurowanym stole – jak gdyby w obecności wiernych ktoś dotykał wykałaczką relikwii, na przykład kości ze szczęki świętego Sebastiana czy przedniego zęba świętej Teresy – bo Tamás zaczerwienił się. Najwyraźniej miałem do czynienia z wyznawcą. Trzeba bacznie obserwować, pomyślałem. Wyznawcy są zawsze niebezpieczni. Tamás wpiął znaczek w klapę.
– To jest już ostateczny znaczek – powiedział cokolwiek wyniośle, bawiąc się papierosem. – Trzeba bardzo uważać – dodał bez żadnego przejścia. Nie żartował. Jeszcze nigdy nie widziałem go tak ostrożnego i rozważnego. Choć za słowami i przebraniem ciągle krył się dawny Tamás, ktoś, kto traktuje zabawę serio, ale ze śmiesznym zapamiętaniem, udaje Indianina odprawiającego czary i przygotowuje jakiś kapitalny, gigantyczny żart, który ośmieszy dorosłych. Ale z dreszczem niepokoju pojąłem, że „dorośli”, z których Tamás i inni nosiciele znaczków szykują się zakpić, to nie Kalb, nie burmistrz ani nauczyciele w szkole, tylko wszyscy ludzie, którzy nie noszą znaczków, również ja, Péter Garren jestem wśród tych, którzy mają być obiektem zabawy Tamása i innych ludzi ze znaczkami.
– Żartujesz – powiedziałem. – Doskonały żart.
Ale Tamás milczał. Bo po tych wszystkich zabawach w Indian po raz pierwszy czułem, że myśli poważnie, jak dziecko, które po rozmaitych psotach postanawia, że okradnie sejf ojca, przyklei sobie brodę i ucieknie do Ameryki.

 

o autorze
Márai Sándor

(1900–1989), wybitny węgierski prozaik i eseista, znany polskiemu czytelnikowi m.in. jako autor Żaru, Księgi ziół, Wyznań patrycjusza, a przede wszystkim jako autor pisanego przez całe życie Dziennika, pełnego wnikliwych zapisków o otaczającym go świecie, społeczeństwie, kulturze i sztuce.

inne książki tego autora
Koszyk jest pusty
25,80
Ryszard Kapuściński
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2018 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL