znajdź książkę
katalog
newsleter
Wyznania gorszycielki
43,00 zł
cena
34,40 zł
w promocji
Kup książkę
Irena Krzywicka
Wyznania gorszycielki
opracowanie graficzne: Piotr Gidlewski
seria: Literatura polska - wydania indywidualne
wydanie I w tej edycji
2013
oprawa twarda
format 148x210 mm
str. 492
ISBN 978-83-07-03293-1

Wspominałam już, że Boy zjawił się w moim życiu w bardzo nieodpowiednim momencie. Wypłynęliśmy z Jerzym, zdawało się, na spokojne wody rodzinnego życia, z uroczym synkiem, pieniędzmi, które nagle poczęły się nam sypać na głowę. I w takiej chwili burza, piorun, miłość, niepotrzebna, trudna, powikłana, bo musiały w niej uczestniczyć postronne osoby. Broniłam się więc, jak mogłam, nie chcąc burzyć wszystkiego, co niedawno zbudowałam.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie chciałam się widzieć w roli zdradzającej żony. Ale znowu moja miłość była gwałtowna, definitywna, całkowita. I Boy mówił o sobie to samo. Że pierwszy raz w życiu spotyka kobietę, która mu może dać pełnię przeżycia, bo i fizyczną, i intelektualną. W jego poprzednich stosunkach zawsze jakiegoś elementu brakowało. A poza tym zaczął mnie, jak pisałam, nabierać – na starość. „Iruszko – mówił na różne sposoby – tak mi już niewiele czasu zostało, to nie może trwać długo, dlaczego chce mnie pani (to dziś się wydaje śmieszne, ale długo mówiliśmy do siebie pan i pani, nawet w cztery oczy – taka epoka) pozbawić szczęścia, którego nie miałem w życiu za dużo. To już mój schyłek i jedyna radość, jaka mnie jeszcze czeka”. Opierałam się marzec, kwiecień, maj, czerwiec, a potem wyjechałam do Krynicy, chuda, blada, wymęczona sytuacją, z której nie widziałam wyjścia. No, ale Boy pojechał za mną i tam stało się to, co się stać musiało. Byłam pełna szczęścia i mówiłam sobie, że mogę ten miesiąc ofiarować sobie i jemu. Pobyt był cudowny, co dzień chodziliśmy na wielokilometrowe przepiękne wycieczki. W dodatku przyjechał Tuwim, który wprawdzie, cytując jakiegoś rosyjskiego pisarza (może Puszkina?), mówił: „Liubliu liudiej, liubliu prirodu, no nie liubliu chodit’ guliat’.” Ale chodziliśmy na krótsze spacery we trójkę. Co to były za rozmowy! Co za gejzery dowcipu i poezji – żyłam jak we śnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wiedziałam, że to moje szczęście nie może potrwać długo – miłość do starego (nie był jeszcze stary, ale mi się tak zdawało) człowieka to trochę jak miłość w pobliżu pola bitwy: nie wiadomo, czy będzie trwała jeszcze jutro, czy nie spadnie zaraz cios. Darowałam sobie ten radosny miesiąc, nie wiedziałam jeszcze, że il n’y a que le provisoire qui dure. Poza przedpołudniowymi spotkaniami z Tuwimem, całe dnie spędzaliśmy we dwoje – nie potrafię tego opisywać. Wolę zamilczeć. Po miesiącu Boy wyjechał, wróciła codzienność i, jak dalece żyłam wówczas we śnie, świadczy, że nie potrafię powiedzieć, czym się skończyło owo lato. Nie pamiętam.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Potem wróciłam do Warszawy i tam okazało się, że nasza miłość trwa dalej, jeszcze intensywniejsza niż na początku, bo byliśmy coraz bardziej zbratani w pracy literackiej, we wspólnym przemyśliwaniu na tematy przemian obyczajowych we współczesnym społeczeństwie, a potem we wspólnej walce o te sprawy, które wówczas wydawały się jednym skandaliczne, a innym śmieszne i wulgarne, ale o których myśmy wiedzieli, że są słuszne. Nikt nas z tego naprawdę nie rozliczył, ale byliśmy pionierami w tych sprawach. Na szczęście biografowie i krytycy wiedzą na ten temat coś niecoś o Boyu. Nie wiedzą natomiast nic o mnie, a tymczasem to ja wymyśliłam, że należy pisać o tajnych poronieniach i o zapobieganiu ciąży. Mogłam być w tej walce tylko komparsem, ale i ja odebrałam tęgie lanie. Zostaliśmy zjednoczeni we wspólnej kampanii, a także w wymysłach kołtunów i wsteczników różnego autoramentu, bo i lewica wrzeszczała chórem z prawicą. Jednak robiliśmy to, co uważaliśmy za słuszne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ale ciągle wybiegam naprzód. Tymczasem wraz z powrotem z Krynicy do Warszawy – wszystko zaczęło się na nowo, ku mojej udręce. Tak, udręce. Zupełnie nie umiałam tej sytuacji rozwiązać i nawet teraz, kiedy myślę o niej, nadal nie wiem, jak należało postąpić. Zerwać z mężem, osierocić Piotrusia i rozwalić małżeństwo Boya? Powiedział mi przecież: „Tak byłoby dobrze pobrać się z tobą, Iruszko”. Ale nie zrywa się małżeństwa po dwudziestu pięciu latach pożycia. Uważałam to za niewłaściwe i za niehonorowe. Sam Boy, gdyby to postanowił, unieszczęśliwiłby nie tylko żonę, ale i siebie. W dodatku była to kobieta, którą oboje ceniliśmy i szanowaliśmy. Mogłam rzucić męża i zamieszkać osobno, nie rozbijając związku Boya. Ale nie zgodziłabym się na przyjmowanie alimentów od męża, a zarobić wówczas piórem było bardzo trudno. W rezultacie stałabym się w pewnym stopniu ciężarem dla Boya, którego nie chciałam niczym obarczać, żadnymi kłopotami ani wydatkami – był w takim rozkwicie sił twórczych, iż – uważałam – obowiązkiem moim było go ochraniać i nie powiększać trudności, jakie dźwigał. Zresztą nie było mowy, żebym porzuciła Jerzego, bo była istota, którą kochałam ponad wszystko na świecie – Piotruś. Nie mogłam go pozbawić ojca ani życia prawdziwie rodzinnego. Poza tym Jerzy nigdy by mnie od siebie nie puścił. Naprawdę, dosłownie, nie mógł istnieć beze mnie. Pamiętam, że mu kiedyś powiedziałam (nie wiem czemu, na ulicy Mazowieckiej): „Może byśmy się rozeszli?”. Nie odpowiedział, odszedł, zostawił mnie samą na chodniku. Ale kiedy wróciłam do domu, czekał na mnie olbrzymi kosz kwiatów, najdroższy i najpiękniejszy, jaki można było dostać. To była jego odpowiedź. Zresztą Jerzy dotrzymał do końca naszej przedślubnej umowy, nigdy mnie nie pytał, co mnie łączy z Boyem, skąd i kiedy wracam. Bardzo go za to szanowałam. Sytuacja nie była dla niego łatwa, bo ja z kolei nie nadawałam się do roli zdradzającej żony i nie kryłam się z moją „przyjaźnią”. Cała Warszawa o tym wiedziała. Może Jerzy liczył na podeszły wiek Boya, może nie był z natury zazdrosny, może się to sprzeciwiało jego poglądom, dość że, jak wspomniałam, ani razu nie było między nami rozmowy na ten temat. I jeszcze coś, co dodatkowo komplikowało tę zawiłą sytuację: Piotruś instynktownie nie cierpiał Boya, a Boy jego. Jeżeli był jakiś antagonizm, to nie w obrębie naszych dwóch małżeństw, ale właśnie między małym dzieckiem a starszym człowiekiem. Tym bardziej mnie to dziwiło, że Piotruś był za mały, aby mieć jakiekolwiek pojęcie, o co chodzi. W dodatku był dzieckiem prześlicznym i grzecznym, wywołującym stale zachwyty, a nigdy niechęci. A jednak Boy go nie lubił, obaj byli najwyraźniej o siebie zazdrośni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Żaden z dwóch dorosłych mężczyzn nie chciał mnie stracić, a nie mógł mieć mnie całkowicie dla siebie. I obaj w końcu zadomowili się w tej sytuacji, biorąc z niej to, co było najlepsze. Męczyłam się – tak mi się teraz zdaje – tylko ja. Niejedna osoba uśmieje się z tego wyznania i pożałuje Jerzego. Ale Jerzy nie zdradzał się ze swymi uczuciami. Ja też nie. Szamotałam się jak ryba w sieci. Zrywałam to z jednym, to z drugim i za każdym razem, po jakimś czasie, każdy z nich ciągnął mnie do siebie od nowa. Czasem zrywałam z obydwoma, ale to nie trwało długo. Czasem godziłam się z obydwoma, przyjmując sytuację „jak leci”. Ale w żadnym wypadku nie zaznawałam spokoju. Chwalono powszechnie moją, modną wówczas, „wężową” linię, ale ta linia była wynikiem mego zdenerwowania i mojej udręki, z którą nie zdradzałam się przed żadnym z moich partnerów: przed Boyem, aby mu nie zatruwać „ostatnich chwil życia”, przed Jerzym, bo z nim w ogóle nie rozmawiałam na ten temat, podobnie jak on ze mną. Załatwienie tego problemu było moją osobistą sprawą. Niekiedy dorabiałam ideologię do sytuacji, wmawiając sobie, że monogamia jest jednym z tabu, które należy zrewidować. Chwilami miałam wszystkiego dosyć.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mimo przerw w stosunkach z jednym czy drugim, jeżeli mam być szczera sama przed sobą i patrząc wstecz na całą sprawę, widzę, że kochałam ich obu, każdego inaczej, że w gruncie rzeczy te dwa uczucia nie kolidowały ze sobą. Mogło i może to ludzi gorszyć, ale taka była prawda. Jerzy to był sojusznik życiowy, stary i niezawodny przyjaciel, ojciec mego dziecka, ważny członek rodziny. Boy to był mistrz, olśnienie, wielkie napięcie zmysłowe. Z Jerzym mogłam żyć, nie myśląc o łóżku, Boyowi, kiedy nadarzała się okazja, nie mogłam się oprzeć. Po co mam tłumaczyć – bez trudu można sobie wyobrazić, jak bogate, jak zaskakujące i wiecznie nowe mogło być z nim obcowanie. Tak że z jednej strony byłam głęboko usatysfakcjonowana, mając tych dwóch mężów (co tu kryć), z drugiej strony byłam bardzo nieszczęśliwa i niezadowolona z siebie, pozostając pod naciskiem przyjętych pojęć. Chciałam dodać „i obyczajów”, ale nie, każda prawie z moich znajomych kobiet miała takie podwójne stosunki, nie mówiąc już o mężczyznach. Tyle że się z tym kryły, ja zaś, gwiżdżąc na opinię, chodziłam i pokazywałam się z Boyem – niech sobie ludzie myślą, co im się podoba. Wiele osób zadawało sobie wobec tej jawności pytanie, czy w ogóle łączy mnie z Boyem coś zmysłowego. Nie odpowiadałam na pytania, teraz na starość wyznaję. Gdybym go była spotkała wcześniej, dziesięć lat wcześniej, kiedy byłam jeszcze wolna, i kiedy pani Fusia była młoda, wtedy, kiedy poznałam Lechonia w pociągu, gdybym poszła za instynktem i przyszła do Boya, jak tego pragnęłam, wtedy zapewne byłabym monogamistką. Ale potem – obowiązki i jego, i moje sprawiły, że już niemal po trupach moglibyśmy budować nasze osobiste szczęście. Przy tym wówczas nie rozwodzono się tak łatwo jak dzisiaj.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Więc tak... Jerzy może cierpiał, ale nie pokazywał tego po sobie, zresztą młody mężczyzna ma tyle chętnych pocieszycielek. Boy nie szukał flirtów ani romansów, był mi absolutnie wierny, ale też nie był już młody, choć jeszcze w pełni sił, a nade wszystko tak zajęty, tak pochłonięty niespodziewanym wybuchem własnego talentu, nowej, gigantycznej, już zupełnie oryginalnej pracy, że choć mi co jakiś czas proponował, abyśmy nasze egzystencje związali, przyjmował odmowę bez większego bólu. I tak byłam osłodą jego życia, towarzyszką przywróconej młodości, pracy i walki (nigdy nie oddał do druku żadnego rękopisu, nie pokazawszy mi go uprzednio), słowem, czerpał z mojej obecności tyle radości, ile się dało.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ale przed kim się tłumaczyć? I to w naszej epoce, w której te moje skrupuły wydać się mogą błahe i naiwne. A swoją drogą, gdyby Boy był młody, krzepki i głupi, to cała sprawa jeszcze inaczej wyglądałaby niż w tych okolicznościach, kiedy drżałam (niepotrzebnie wówczas) o jego życie, zdrowie, twórczość, tak bardzo w polskich warunkach rewelacyjną. Może i dla Jerzego te względy grały rolę. Nie wiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I mimo że bywałam bardzo nieszczęśliwa, tak bardzo, że czasem jęczałam cicho idąc po ulicy, mimo że czułam się jak w pułapce, z której nie widziałam wyjścia – jednocześnie byłam strasznie, przerażająco wprost szczęśliwa. Współistniały we mnie te dwa uczucia i – mimo wszystko – to drugie przeważało.

 

polecamy
Koszyk jest pusty
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2017 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij