Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
znajdź książkę
katalog
newsleter
Siedem mitów Drugiej Rzeczypospolitej
cena
31,00 18,60 kup książkę
Andrzej Garlicki
Siedem mitów Drugiej Rzeczypospolitej
opracowanie graficzne: Andrzej Heidrich
wydanie I
lipiec 2013
oprawa twarda
format 144x210 mm
str. 256
ISBN 978-83-07-03202-0

Historyk powinien badać mity, bo można się z ich analizy wiele dowiedzieć o społeczeństwie. Nie powinien ich jednak tworzyć, gdyż dopuszcza się wówczas nagannej manipulacji. Posłużmy się przykładem. W publicystyce historycznej można spotkać się z twierdzeniem, że Polska w latach drugiej wojny światowej nie miała swego Quislinga. Chodzi oczywiście o norweskiego faszystę, Vidkuna Quislinga, który stał się symbolem kolaboracji z Trzecią Rzeszą. Manipulacja polega na pomijaniu faktu, że to Hitler nie poszukiwał kandydata na polskiego Quislinga.
Chętni bowiem byli. To przede wszystkim Leon Kozłowski, ceniony archeolog, profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Przed rokiem 1914 należał do Związku Strzeleckiego, później do Legionów Polskich i Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). Był posłem na Sejm w latach 1929–1935, następnie senatorem, a także krótkotrwałym, od 15 maja 1934 do 28 marca 1935 r., premierem, za którego urzędowania utworzono obóz w Berezie Kartuskiej. Więziony w latach 1939–1941 przez władze radzieckie, trafił później do armii generała Władysława Andersa, z której zdezerterował i przeszedł przez linię frontu na stronę niemiecką. Przywieziony do Berlina, przebywał tam w dobrych warunkach. Zmarł w stolicy Trzeciej Rzeszy w 1944 r., w wieku 58 lat.
Propozycję współpracy z Trzecią Rzeszą wysunął też wybitny publicysta i pisarz polityczny, germanofil Władysław Studnicki. W chwili wybuchu drugiej wojny światowej miał 72 lata. Działalność polityczną rozpoczął w II Proletariacie, za co zapłacił sześcioletnią zsyłką na Syberię. Po powrocie na krótko związał się z Polską Partią Socjalistyczną, a później z Narodową Demokracją, z którą zerwał dopiero w roku 1905. Dużo publikował, od roku 1922 na łamach redagowanego przez Stanisława Cata-Mackiewicza wileńskiego „Słowa”. W czasie drugiej wojny światowej Niemcy odrzucili jego propozycję współpracy. Został internowany, a za potępienie niemieckiej polityki represyjnej był w latach 1941–1942 więziony na Pawiaku. Po wojnie przebywał na emigracji, zmarł w Londynie w wieku 86 lat.
Oferty obu polityków zostały odrzucone przez Niemców, bo mieli oni wobec Polaków inne plany. Publicystom, którzy z dumą stwierdzają, że w latach drugiej wojny światowej nie pojawił się polski Quisling, zalecałbym więc większą wstrzemięźliwość w zachwytach, a także informowanie czytelników, że Niemcy mieli w tym istotny udział.
Jednym z najważniejszych problemów Drugiej Rzeczypospolitej była jej struktura narodowościowa. Mniejszości narodowe stanowiły ponad 35 procent ogółu mieszkańców. Najliczniejsi byli Ukraińcy (16 procent), potem kolejno Żydzi (9,8 procent), Białorusini (6,1 procent), Niemcy (2,4 procent). Pozostałe mniejszości (Rosjanie, Litwini, Czesi i inni) stanowiły razem 1 procent społeczeństwa.
Z prawie pięciu milionów Ukraińców trzy miliony stanowili mieszkańcy dawnego zaboru austriackiego, przede wszystkim Galicji Wschodniej. Ich stosunek do Polaków był w większości negatywny. Cieniem kładły się nie tylko krwawe walki w pierwszych powojennych miesiącach, ale także nierealizowanie ustawy z września 1922 r., przewidującej powołanie dwunarodowych sejmików wojewódzkich, w których gestii miały znaleźć się m.in. sprawy szkolnictwa, w tym również utworzenie uniwersytetu ukraińskiego.
Warszawa czyniła te obietnice, aby uzyskać od mocarstw zachodnich uznanie przynależności Galicji Wschodniej do Polski. Gdy wiosną 1923 r. uznanie to uzyskała, wprawdzie z zastrzeżeniem powrotu do sprawy po 15 latach, obietnic nie dotrzymała i przystąpiła do polityki polonizacji. Wywołało to fatalne wrażenie na społeczności ukraińskiej.
Około dwóch milionów Ukraińców zamieszkiwało Wołyń i Polesie, czyli tereny wchodzące do niedawna w skład imperium Romanowów. Bardzo wiele różniło ich od pobratymców z Galicji. Podczas gdy wśród Ukraińców galicyjskich dominował Kościół greckokatolicki, to na terenach zaboru rosyjskiego przytłaczająca większość Ukraińców wyznawała prawosławie, zmuszona do tego w XIX w. przez carską administrację. Na wyższym poziomie znajdowała się też świadomość narodowa Ukraińców galicyjskich.
„Społeczność ukraińska w Drugiej Rzeczypospolitej – stwierdza Andrzej Chojnowski w zarysie najnowszych dziejów Ukrainy – była zbyt słaba, by wymusić na państwie daleko idące ustępstwa, na tyle jednak silna, aby nie można było zapomnieć o jej istnieniu. Demonstrowała swoje aspiracje, wysuwała różne postulaty, objawiała niezadowolenie, co prowadziło niekiedy do zaburzeń i niepokojów. Jej obecność stawała się źródłem nieustannych kłopotów, toteż nawet środowiska dalekie od nacjonalizmu zaczęły popierać politykę «silnej ręki» lub nawet rozważać korzyści, jakie mogłaby przynieść polonizacja wschodnich terenów. Ostatecznie więc po stronie polskiej zwyciężyła tendencja do traktowania Ukraińców jako groźnego wroga”. Problematyka ukraińska pojawi się w kilku zamieszczonych tu szkicach, co nie jest kwestią przypadku.
Powołanie jesienią 1924 r. kosztem 220 milionów złotych Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP) utrudniło przenikanie do Polski z ZSRR agitatorów i band przemytniczych, lecz napięcie na wschodniej granicy istniało nadal. Ostateczną przyczyną powołania KOP stały się dwa głośne wydarzenia. W początkach sierpnia 1924 r. liczący około 100 osób oddział dowodzony przez sowieckiego oficera opanował w nocy powiatowe miasteczko Stołpce i dokonał w nim rabunków. A w końcu września bandyci zatrzymali pociąg jadący z Brześcia do Łunińca. W jednym z wagonów jechali biskup Zygmunt Łoziński, wojewoda Stanisław Downarowicz, senator Bolesław Wysłouch i komendant okręgowy policji. Dostojnikom kazano rozebrać się do naga i położyć na podłodze twarzą do ziemi, po czym obrabowano ich, podobnie jak i innych podróżnych. Wybuchł skandal.
KOP uszczelnił granicę, a działalność wywiadowcza dostarczała cennych informacji o zamiarach przeciwników, w tym przede wszystkim o polityce Moskwy na radzieckiej Ukrainie. Ośrodki kierownicze narodowego ruchu ukraińskiego działały bowiem na emigracji – w Czechosłowacji, Francji i Niemczech.
Konflikt polsko-ukraiński, który przerodził się w zbrojną walkę o odzyskanie Lwowa, opanowanego przez Ukraińców nocą z 31 października na 1 listopada 1918 r., oraz innych miast Galicji Wschodniej, położył się głębokim cieniem na wzajemnych stosunkach. Nadzieją na ich unormowanie stała się wyprawa kijowska podjęta w 1920 r., której celem było utworzenie przyjaznego Polsce państwa ukraińskiego. W sensie politycznym zakończyła się ona porażką. Okazało się, że idee prometejskie cieszą się zbyt nikłym poparciem tak w Kijowie, jak i w Warszawie. Prometeizm nigdy nie stał się mitem założycielskim Drugiej Rzeczypospolitej. Odegrał jednak znaczącą rolę, choć, powiedzmy to od razu, mocno zmitologizowaną, co staraliśmy się ukazać w dość obszernym trzecim szkicu.
Mit jedności państwa i Kościoła zrodził się z niechęci obu stron do ujawniania wzajemnych konfliktów. Przewijały się one wszakże, z różnym nasileniem, przez całe dwudziestolecie. Powojenna zaś walka komunistycznego państwa z Kościołem katolickim nie sprzyjała obiektywnemu opisowi tej problematyki.
Piąty szkic odnosi się do dość powszechnego przekonania, że poza kilkoma głośnymi zabójstwami politycznymi – Gabriela Narutowicza, Tadeusza Hołówki, Bronisława Pierackiego – w Drugiej Rzeczypospolitej po tę formę walki nie sięgano. Otóż nie jest to prawda. Morderstwa polityczne zdarzały się całkiem często. Były wśród nich akty terrorystów ukraińskich, były zarówno czyny spontaniczne, jak i działania przygotowane. Należy pamiętać, że polskie środowiska niepodległościowe w okresie zaborów akceptowały zamachy jako sposób walki. W akcji pod Bezdanami we wrześniu 1908 r., której celem było opanowanie wagonu pocztowego i zdobycie przewożonych w nim pieniędzy, wzięli udział m.in. Józef Piłsudski, Walery Sławek, Aleksander Prystor, czyli osoby zajmujące po 1926 r. najważniejsze stanowiska państwowe.
Kolejny szkic dotyczy podziałów ideowych i politycznych w Drugiej Rzeczypospolitej. W tych kwestiach działalność mitotwórcza rozwija się szczególnie bujnie. Biorą w niej udział nie tylko politycy i publicyści, ale niestety również historycy. Sam byłem świadkiem dyskusji telewizyjnej, w której profesor historii stwierdzał, że antysemityzm Romana Dmowskiego dostrzec można tylko w jego starczych wypowiedziach, których nie należy traktować serio. A przecież świetnie wie, że antysemityzm był trwałym i ważnym elementem ideowych koncepcji Pana Romana również wtedy, gdy przywódcy endecji daleko było do starości.
I wreszcie ostatni mit – o jedności Polaków wobec narastającego zagrożenia wojną. Jak każdy mit, tak i ten zawiera elementy prawdy. Rzeczywiście, część polityków była gotowa zawiesić spory i podjąć wspólne działania. Ale postawa taka nie była powszechna, niestety, w obozie władzy, czego najlepszym dowodem jest opisana w tym szkicu rozmowa profesorów z prezydentem Ignacym Mościckim.
Co pewien czas słyszymy, jak formułowane są apele o aktywizację polityki historycznej. Oczywiście, ich autorzy różnią się w ocenach przeszłości i określeniu, co taka polityka ma zawierać. Najczęściej jednak ma dostarczać argumentacji do bieżącej polityki. Bez zbytniej troski o to, jak było naprawdę. 
ze Wstępu

Koszyk jest pusty
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2018 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL