Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
znajdź książkę
katalog
newsleter
Obcy
cena
26,00 20,80 kup książkę
Sándor Márai
Obcy
Az Idegenek
przekład: Teresa Worowska
opracowanie graficzne: Agnieszka Stando
seria: mała proza
wydanie I
2012
oprawa miękka
format 123x196 mm
str. 248
ISBN 978-83-07-3271-9

Obcy przez jakiś czas tkwili na placu Głównym, rozpalili ogień pod figurą Maryi Panny, oddali kilka strzałów w powietrze. Po kilku dniach od morza nadciągnęły oddziały pomocnicze, ale i one bezczynnie wystawały na placu. Zrozumieli, że podboju można dokonać tylko tam, gdzie trafia się na opór. Nie ma nic trudniejszego od zdobywania kogoś, kto się nie broni. Chcieli przekonać miasto, ale miasto nie dyskutowało. Po upływie dwóch dni do podpułkownika doszlusował pułkownik, a po nim dwóch bogato przyzdobionych paskami i złotymi szamerunkami generałów. Przybyli automobilem, w ratuszu opróżniono dla nich salę balową, gdzie nocowali na łóżkach polowych. Ale źle im się tam spało, ponieważ licząca sobie kilkaset lat sala balowa o łukowym sklepieniu była pełna przeciągów i nie dało się jej ogrzać. Równie dobrze mogli byli nocować w hotelu, spać w pięknych starych łóżkach z drzewa orzechowego, w czystych pokojach gościnnych, w których od dziesięcioleci mieszkali goście przybyli do miasta, i gdzie na stole stał zawsze dzbanek z wodą, a pościel zmieniano co trzy dni. O tej porze, w tym historycznym czasie hotel stał niemal całkiem pusty i właściciel pewnie by się nawet ucieszył, że ma tak ważnych gości. Ale im nawet do głowy nie przyszło, że mogliby się zatrzymać w hotelu. Pewnie sądzili, że podobne zakwaterowanie nie pasuje do historycznej roli, jaką odgrywają; hotele zresztą w ogóle nie pasują do najeźdzców. Dlatego spali raczej w teatrze, gdzie swoją obecnością uniemożliwili występy trupy teatralnej, spali też w sali balowej ratusza, gotowali zupę na placu Głównym i w ratuszowych piwnicach, i w ogóle zjawiali się wszędzie tam, gdzie nie mieli nic do roboty, przeszkadzali mieszkańcom i sami sobie sprawiali niewygodę. Miasto patrzyło na bezsensowną i śmieszną krzątaninę obcych z milczącą kpiną i zdziwieniem, taktownie odwracając głowę. Już niemal chciano pomóc, poprosić generałów, by zamieszkali w wygodnych pokojach hotelowych, nakazać żołnierzom, by wprowadzili się do pustych, przestronnych, ogrzewanych sal sypialnych w dawnych koszarach, by gotowali w wielkiej kuchni, prali ubrania w koszarowej pralni, która do tego celu nadawała się znacznie lepiej niż teatralne garderoby. Ale zarówno żołnierze, jak i ich dowódcy powodowani niezrozumiałą konfuzją czy uporem trzymali się ratusza i teatru. Jakby chcieli dowieść, że ich obecność w mieście ma bezwarunkowo oznaczać pohańbienie wszelkich tradycji. Jakby chcieli prowadzić najazd od rana do wieczora, na wyścigi, z wytrwałością właściwą prymusom. Miasto, kulturalnie i tradycyjnie, odwracało głowę, a przechodnie naprawdę tylko hamowani dobrym wychowaniem nie uśmiechali się na widok ozdobionych paskami i szamerunkami starych generałów, jak nieogoleni i niewyspani pojawiają się rankiem przed ratuszem, pokasłują, rozglądają się dokoła i z bezradną gorączkowością zabierają się do podboju.
Ale podbój, jak to prędko spostrzegli, nie jest łatwym przedsięwzięciem. Miasto broniło się przed gwałtem małymi ruchami. Nie oddawało uderzenia, tylko odchylało się przed ciosem, patrzyło w inną stronę, gdy się do niego zwracano, uśmiechało się, odwracało głowę i odchodziło, jakby nie rozumiało słów. Obcy porozumiewali się najchętniej za pomocą spółgłosek. Ich mowa brzmiała twardo, jakby gryźli kamyki. Ściany oblepili afiszami. Krzyczało z nich słowo „śmierć”, obce, ale natychmiast zrozumiałe w każdym języku. Najeźdźcy na ogół w każdej sprawie grozili śmiercią, jakby nudziły ich kwestie szczegółowe. Grozili śmiercią, gdy kilka osób razem szło ulicą, gdy ktokolwiek po dziewiątej wieczorem palił lampę w pokoju, śmiercią grozili też za nieoddanie broni. Zajęli gmachy urzędów, aresztowali burmistrza i kilku radnych; ale najwidoczniej nie wiedzieli, co z nimi robić, więc po kilku dniach więźniów wypuszczono. Zarządzili, aby do gmachu, który dotychczas, od dwustu lat był siedzibą urzędu podatkowego, wprowadziła się likwidatura, dowództwo sztabu zajęło dawny budynek szpitala, który wraz z lekarzami i chorymi przeniesiono z kolei do pałacu likwidatury. Po czym, po upływie kilku miesięcy, kiedy do czołgów, armat i samolotów dołączyli urzędnicy, woźni i najrozmaitsze darmozjady niewiadomego przeznaczenia, którzy nadciągnęli śladem najeźdźców jak wędrujące dawniej za wojskiem markietanki i dziwki, zarządzili z kolei, by chorzy wrócili do dawnego szpitala, a urząd podatkowy – do swej dawnej siedziby. Urzędnicy, którzy przybyli z najeźdźcami, uśmiechali się nieszczerze, ciągle pili piwo – miasto, odkąd pamięć sięga, zawsze piło wino – na co dzień nosili czarne odświętne ubrania, ale zakładali do nich żołte buciki. Krążyli po urzędach z aktówkami pod pachą, szczerzyli zęby do mieszkańców z fałszywą i bezczelną poufałością, zakładali nowe urzędy i nadawali sobie pompatyczne, najeżone spółgłoskami tytuły. Wynajmowali pokoje w najpiękniejszych mieszkaniach w mieście, ale sami jadali w kuchni i każdy nawiązywał stosunek ze służącą.
Miasto było jeszcze w stanie znieść wojsko. Żołnierze przynieśli ze sobą jakiś międzynarodowy, ponadrasowy reżym, chodzili po mieście z centymetrem, wiedzieli dokładnie, ile guzików ma być przy mundurze, czasami ich czołgi przejeżdżały przez plac Główny, ale czyniły to jakby tylko z obowiązku i w ramach ćwiczeń. W końcu zajęli koszary i żyli tam według swego surowego i uregulowanego trybu. Ale najeźdźcy cywilni nie poprzestali na tym. Większość z nich była niska, czarnowłosa; patrzyli na świat lśniącymi oczyma, włosy nacierali tanią pomadą. Jej słodkawa, dusząca woń wypełniała przesadnie ogrzewane pokoje urzędów, w których spoceni siedzieli nad nowiusieńkimi aktami. W ogóle jakoś źle pachnieli, choć używali kosmetyków, uperfumowani wysiadywali wieczorami w kawiarni, roztaczając mdlący zapach niczym przekwitłe różane krzewy. Mieli mnóstwo zajęć. Przede wszystkim pozdejmowali tablice z nazwami ulic, następnie przemalowali semafory, potem nakazali kupcom, by szyldy sklepowe były w języku nowego państwa. Gábor Garren również był zmuszony zawiesić nowy szyld. Znajdowało się na nim teraz już tylko jedno wypisane złotymi literami słowo: „Eol”. Obcy nie rozumieli go. Któregoś przedpołudnia jeden z cywilnych przybyszów zjawił się w sklepie, mówił głośno, przesadnie głośno, żądał, by mu przedstawić księgę inwentarzową i w ogóle zachowywał się tak, jak ktoś, kto coś wie, ale na razie celowo nie zdradza tajnych informacji. Gábor Garren i Sebestyén bez słowa oprowadzili przybysza po sklepie i magazynie. Drukarnia nut zaskoczyła urzędnika; zaczął mówić ciszej, rozglądał się zdumiony, nagle zmienił ton na bardziej uprzejmy, uśmiechał się i podkreślał, że wypełnia jedynie swój obowiązek. Gábor Garren odparł, że on również wypełnia swój obowiązek. Stali tak w drukarni nut, której już od dawna nie ogrzewano, marzli i bezradnie spoglądali na siebie. Ojciec trochę się wstydził. Sebestyén stał dumny, z urzędową miną i patrzył w sufit. Od chwili, gdy obca noga stanęła w mieście, Sebestyén był najgłębiej i niezachwianie przekonany, że obcy w sekrecie knują coś przeciw firmie. Nie zależy im wcale na zajęciu miasta ani prowincji; wszystko – podbój morza, gór, miast i wsi w istocie stanowi jedynie pretekst, by za pomocą czołgów i armii albo w jakiś inny podstępny sposób zyskać zaufanie rodu Garrenów i rozeznać sekrety firmy „Eol”, a nawet wręcz położyć rękę na powstającym dziele; niewątpliwie taki jest ich zamiar. Swoich podejrzeń nie formułował dosłownie, ale dawał im wyraz wzruszeniem ramion, błyskiem oka, gestem. Zasadniczo starał się nie zauważać obcych, nie istnieli dla niego; odwracał głowę, kiedy widział czołgi, przejeżdżające ulicami w celach ostrzegawczych, patrzył w powietrze, gdy spotykał generałów, a teraz, gdy jeden z najeźdźców osobiście pojawił się w sklepie i wyrażał zainteresowanie drukarnią nut, stał wzburzony, ale z miną pełną satysfakcji i pałającym spojrzeniem, wizyta stanowiła bowiem niewątpliwe potwierdzenie ciężkiego podejrzenia, jakie podjął i nosił w sobie już od dawna. Wraz z pryncypałem stał w drukarni nut naprzeciw pierwszego obcego, który postawił stopę na terytorium Garrenów.

o autorze
Márai Sándor

(1900–1989) – wybitny węgierski prozaik i eseista, znany polskiemu czytelnikowi m.in. jako autor Żaru, Księgi ziół, Wyznań patrycjusza, a przede wszystkim jako autor pisanego przez niemal całe życie Dziennika, pełnego wnikliwych zapisków o świecie, społeczeństwie, polityce, krajach, w których żył i które zwiedzał, o swoich lekturach i o procesach zachodzących w kulturze na obu półkulach.

inne książki tego autora
Koszyk jest pusty
strona główna nowości zapowiedzi księgarnia wydarzenia kontakt dla autorów polityka prywatności mapa serwisu
Copyright © SW Czytelnik 2006 - 2019 | Projekt graficzny Maria Drabecka | Wykonanie: YELLOWTEAM.PL